„To, co będę mówić nie spodoba się Polakom” – uprzedza mnie Ingvaras. „Trudno” – odpowiadam. Wiedziałem na co się piszę, ten tekst zresztą nie ma być dla nikogo laurką, tylko litewską perspektywą w najbardziej drażliwych tematach piłkarskich między nimi a nami.
Wywiad oryginalnie ukazał się w „Przewodniku kibica Lig Bałtyckich 2022„
Legia Warszawa i Vėtra Wilno, Lech Poznań i Żalgiris Wilno, Polonia Wilno, czy starcie obydwu reprezentacji w 2011 roku w Kownie – na przestrzeni lat działo się dużo, było bardzo gorąco. O wszystkich tych tematach opowiedział mi Ingvaras Butautas, w kręgu ruchu kibicowskiego Żalgirisu Wilno postać wręcz legendarna. Wydał także własną książkę, która będzie się zresztą w tym wywiadzie pojawiać. No i najważniejsze – mniejsza lub większa część z was na pewno nie zgodzi się z tym co zostało tu napisane. Macie do tego prawo, polskie relacje nie były wiarygodne dla Litwinów, więc działa to i w drugą stronę. Chcę też podkreślić, że w żadnym momencie rozmowy nie pojawia się moje zdanie na temat przytaczanych wydarzeń, przez cały czas pozostawałem neutralny.
Rafał Kobza (Bałtycki futbol): Jak to jest z Polakami na Litwie? Lubicie nas, nie lubicie?
Ingvaras Butautas (Pietų IV): Przez kilkadziesiąt lat swojej obecności w Pietų IV (grupa kibiców Żalgirisu) byłem świadkiem różnych czasów i różnych postaw wobec Polaków. Często zależało to od pogorszenia się lub polepszenia stosunków między krajami, pewnych wydarzeń politycznych i tym podobnych. Ostatnie takie pogorszenie relacji związane było z działalnością kibiców Polonii Wilno. Ale od tamtego okresu minęło już sporo czasu i od dawna nie słyszałem, żeby o Polakach mówiono coś złego. Wręcz przeciwnie, Polska jest obecnie uznawana przez wielu ludzi jako kraj szanujący siebie i nie ustępujący ani Moskwie, ani Brukseli.
Owszem, większość chłopaków z Pietų IV to nacjonaliści. Jednak obecny nacjonalizm litewski nie jest w żaden sposób antypolski. Mamy rok 2022, a nie 1922. Wilno jest przecież miastem międzynarodowym, a wśród nas można znaleźć także etnicznych Polaków. I z pewnością nie są oni członkami drugiej kategorii na sektorze. Ja sam od ponad 20 lat uważam się za propolskiego. Podróżowałem po całej Polsce, nawiązałem wiele kontaktów, potrafię mówić i czytać po polsku. No i lubię Polskę, Polacy są towarzyscy, przyjaźni i gościnni. No i oczywiście polska scena kibicowska jest świetna, interesuję się nią.
Polonia Wilno to chyba najtrudniejszy polsko-litewski temat, jeśli chodzi o piłkę nożną. Kiedy i jak rozpoczął się konflikt?
Polski klub sportowy Polonia Wilno istniał już mniej więcej od jakiegoś 1991 roku, czy coś w tym stylu. Nikomu nie przeszkadzał i nie zwracał na siebie uwagi – aż do momentu, gdy kilku młodych radykałów spotkało się w barze po jednej z akcji politycznych i wpadło na pomysł utworzenia zorganizowanej grupy kibiców Polonii, która realizowałaby ich idee polityczne. Chodziło im o to, by promować polskość w Wilnie, dopingować Polonię po polsku, skupiać polską młodzież i zarażać ją polskim duchem i uczyć mówić po polsku (bo większość Polaków w Wilnie w rzeczywistości posługuje się między sobą mieszanką języków rosyjskiego i białoruskiego). Prawdopodobnie nikt by się tym nie przejął gdyby nie jeszcze jedna rzecz – szowinizm, czyli propagowanie nienawiści do Litwinów i państwa litewskiego. Napisali o tym otwarcie na swoim forum. I zanim jeszcze przystąpili do pierwszego meczu, ustalili, że ich największym piłkarskim wrogiem będzie Pietų IV. Ci młodzi ludzie nie byli na tyle rozsądni aby zdać sobie sprawę, że wszystkie te treści są przez nas uważnie czytane. Czy powinniśmy po tym po spotkaniu ich grupy stanąć i uśmiechać się?
A potem płakali w całej Polsce, że są maltretowani, pojechali do Poznania pomagać w tworzeniu antylitewskiego transparentu w 2013 i tak dalej. I cała Polska kibolska była po ich stronie, co oczywiście jest zrozumiałe. Gdyby w Polsce istniała Lituanica Puńsk i miała swoich kibiców, to pewnie wszyscy Litwini też byliby po jej stronie. Następnie Polonia zniknęła (klub sportowy, jeśli się nie mylę, pozostał, ale nie byli już w stanie utrzymać sekcji piłkarskiej), jej kibice się rozproszyli, minęło kilka lat i znów poczuliśmy, że nie mamy żadnej urazy do Polaków, kibiców z Polski. Podczas podróży po Europie spotkaliśmy wielu polskich fanów z różnych klubów i nie było między nami żadnych nieporozumień.
I wolę to, co jest teraz, niż to, co było za czasów kibiców Polonii Wilno.

Stron konfliktu było jednak więcej, Polonię atakowali kibice z całej Litwy. Czy to prawda, że wszystkie mecze Polonii były „gorące”?
Pamiętam dwa starcia. Pierwsze to towarzyski mecz Żalgiris – Polonia w Wilnie, gdzie kibice Polonii zostali zaatakowani i przepędzeni przez naszą młodzieżową grupę. Niedługo potem grupa osób z różnych klubów pojechała do ich siedziby do Kurszanów, ale tak naprawdę nie było tam już co działać, bo po pierwszym starciu zostało ich raptem kilka osób. Wtedy w Kurszanach polonistów była czwórka, napastnicy próbowali zaatakować ich w trakcie meczu, ale nie bardzo im to wyszło, a potem całe towarzystwo zostało zatrzymane przez policję.
Więcej jakichś otwartych starć nie było, tylko dużo kłótni w Internecie. Kibice Polonii już nigdy potem, po tym pierwszym starciu, nie odzyskali liczebności. Zebrana przez nich młodzież nie wróciła na stadion po tym rozproszeniu. A ponieważ mieli problem z zebraniem osób (najwyżej 10-20 głów), nie zawsze byli w stanie zorganizować doping dla swojego klubu. Z wyjątkiem tych meczów, kiedy przyjeżdżał do nich ze wsparciem ktoś z Polski. Nie powiedziałbym więc, że wszystkie ich mecze były gorące.
Z Żalgirisem Polonia więcej nie grała, występowali w różnych ligach. Ale pamiętam, że był mecz pucharowy z drużyną Pietų IV. I w losowaniu (już drugi raz) wylosowaliśmy Polonię. Kiedy graliśmy pierwszy raz Polonia nie miała jeszcze zorganizowanych kibiców. Za drugim razem pojawili się na chwilę na stadionie i wyszli, mimo że grali u siebie.
Kibice Polonii twierdzili, że jeśli Żalgiris na ich trybunach widział wsparcie z Polski, to nie atakował. Albo, że Żalgiris łączył siły z Antifą, by zaatakować Polonię.
Nie będę komentował takich bajek. To niedorzeczne.
Czyli z Polonią walczyliście tylko jako Pietų IV, i nikt więcej?
Tak, ten jeden raz w trakcie meczu towarzyskiego. A co do tego ataku w Kurszanach to można powiedzieć, że było tam wiele klubów.
Kibicom innych klubów Polonia także się nie podobała?
To fakt. Wszyscy znali przecież ich szowinistyczne idee. Tylko zobacz, gdzie kibice innych klubów się z nimi spotykali? My żyliśmy z nimi w jednym miejscu, oni w innych lokalizacjach, grali w innych ligach.
Czasami jednak przyjeżdżali, na przykład z Szawli lub Kowna. Prezes Polonii powiedział, że w Kurszanach można było usłyszeć okrzyki „Litwa dla Litwinów”.
Być może i był taki okrzyk, ale nie mogę tego potwierdzić. Chyba podczas transmisji nie słyszałem żadnych okrzyków, po prostu zostali zaatakowani, gdzieś uciekli (być może do drużyny) i tyle. Tylko ten raz w Kurszanach przyjechał ktoś z Szawli, może też z jakiegoś innego miasta. Tak jak wspomniałem, opowieści Polonii nie będę komentował, to nie ma sensu. Szczerze mówiąc to sprzykrzyły mi się te wyjaśnienia.
A pamiętasz problemy związane z nazwą „Polonia”? Kojarzę, że federacja chciała, aby klub używał wersji litewskiej – „Polonija”. Dziś brzmi to nieco abstrakcyjnie, w zeszłym roku w A Lydze występował Hegelmann Litauen.
Tak, tak. To całkowicie prawda. Nie popierałem federacji w tej sprawie i z zasady piszę „Polonia”. To nie od LFF zależy jak powinien nazywać się polski klub.
Najprawdopodobniej byłoby jeszcze wiele tematów dotyczących Polonii, ale przejdźmy dalej. W 2007 r. Vėtra gra z Legią. Chyba walczyli tam tylko Polacy i policjanci, Litwini nie brali udziału w konflikcie?
Panował chaos. Byli legioniści, którzy podbiegli do kibiców Vėtry i zerwali kilka flag. Zdecydowana większość z nich walczyła z policjantami, ale byli też tacy, którzy zaczaili się na ludzi, którzy w tym czasie pili piwo. Był nawet taki przypadek: w pobliżu przechodzi kilku legionistów, którzy nakłaniają kilku Litwinów do wspólnego ataku na gliniarzy, a inna grupa Legii próbuje zaatakować tych samych Litwinów.
Jaka była reakcja na te wydarzenia na Litwie?
Przez tydzień w wiadomościach był to temat numer 1, ale mówiło się o tym bardzo długo. I być może od tego czasu policja zaczęła uczyć się na własnych błędach. Oczywiście nie od razu, ale z biegiem lat nauczyli się jak mają działać. Myślę, że obecnie w Wilnie nie doszłoby do takich wydarzeń.

Czy w ten sposób polscy kibice zyskali na Litwie negatywny wizerunek, który utrwalił się w Kownie w 2011 roku?
To prawda.
Co dokładnie wydarzyło się wtedy w Kownie?
Nie było mnie tam. Słyszałem, że było wiele wewnętrznych bójek między Polakami – międzyklubowo. No i z policją. Słyszałem, że policja była wtedy bardzo brutalna, obrzucili nawet polski sektor granatami hukowymi. Słowem, wesoło oglądało się wtedy transmisję: na boisku futbol, a w tle wybuchy, strzały i odgłosy walki.

Kiedyś bywało jeszcze gorzej. Bodajże na przełomie XX i XXI wieku jeden Litwin w Chorzowie został uderzony w głowę kostką brukową i leżał potem w szpitalu. Czy pamiętasz te wydarzenia? (W momencie gdy zadałem to pytanie, u Ingvarasa w odwiedzinach przebywał rzeczony litewski kibic).
O tym dwumeczu (Ruch Chorzów – Żalgiris Wilno) jest wzmianka w mojej książce: „W dniu meczu z rana przebywał w Częstochowie. Na stacji kolejowej zapoznał się z kibicami miejscowego Rakowa. Kupili mu bilet do Chorzowa i wsadzili do pociągu. Kiedy wysiadł w Chorzowie, na dworcu czekało już na nas kilkudziesięciu kibiców z grupy „Psychofans”. Nawet go pochwalili: „Odważny jesteś, przyjechałeś sam”. Droga z dworca na stadion nie była długa, ale „naszemu” nie udało się jej pokonać. Trzech postawnych Psychofans dogoniło go na pustej ulicy. Walka nie trwała zbyt długo. Litwin został zaraz przewrócony, a następnie, gdy jeszcze leżał, w jego głowę rzucono kostką brukową. Następne wspomnienie pochodzi już ze szpitala, kiedy doszedł do siebie. W niedzielę jego stan się poprawił i uznał, że jest gotowy, by wyruszyć w trasę. Na Litwę dotarł w półtora dnia”.
Zemściliście się za to?
Pierwszy mecz był u nas, i tam się wszystko zaczęło. Nie jestem Ci w stanie powiedzieć co było powodem. Trudno jest wskazać przyczynę konfrontacji jeżeli nawet się wcześniej nie widzieliśmy. Ale tu było jasne, że jeżeli my nie zaatakujemy Polaków, to oni zaatakują nas. I jakoś tak wszystko samo wyszło z siebie, naturalnie.
Czy ta akcja z kostką to był najbrutalniejszy incydent w historii, były jeszcze jakieś inne?
Najbrutalniejszy w historii nie, ale to już nie ma związku z Polakami. Tamtego dnia do niczego poważniejszego już nie doszło z dwóch powodów: po pierwsze, Psychofans z jakiegoś powodu protestowali i bojkotowali mecze u siebie. Po drugie, gliny bardzo mocno pracowały i przejęły nasz autobus w okolicy Częstochowy. Eskortowali w drodze powrotnej nawet w okolicach Warszawy, wokół naszego busa jechało dużo radiowozów. O tych meczach napisałem więcej w książce:
„To były nasze przygody podczas eliminacji do europejskich pucharów 2000 w zagranicznych miastach. Dla nas samych losowanie pucharów przyniosło spotkanie z bardzo poważnym przeciwnikiem w walce ulicznej – Ruchem z Chorzowa.
Ruch to Polacy i szanse na uniknięcie starcia były bardzo małe. Jeśli my nie zaatakujemy ich, to oni zaatakują nas – w taki sposób rozumieliśmy sytuację. Jednym słowem ta decyzja zapadła jeszcze przed meczem, a podczas któregoś ze spotkań skandowano nawet przyśpiewkę „Zabijemy Ruch Chorzów”.
Przygotowania związane z przyjęciem gości nie były robione jakoś bardzo na poważnie. W przeddzień meczu, wydawało się nawet, że chorzowianie w pewien sposób są „ważniejsi” dla „Vakarų Frontas” (grupa kibiców Atlantasu Kłajpeda), którego chłopaki jeździli samochodem po Wilnie i próbowali ustalić przybliżoną liczbę przeciwników, niż dla nas, Żalgirisu. Ale w dniu meczu wszystko potoczyło się dobrze, nie patrząc już na to, że sam nie brałem udziału w działaniach operacyjnych, no a przynajmniej w głównej bijatyce. Jak opowiadali mi potem koledzy, Psychofans wsiedli do autobusu nr 53 na przystanku na Zielonym Moście. Nasi w tym czasie przemieszczali się już w stronę stadionu. Polacy zatrzymali przepełniony autobus i wyszli z niego. Po niedługiej, ale bardzo intensywnej walce większość Psychofans daje nogę zostawiając na placu boju ośmiu najzacieklejszych i najbardziej zagorzałych, którzy po chwili leżeli już na ziemi.
Dowiedziawszy się o tym zostawiłem wszystkie swoje zajęcia i udałem się pod stadion. Nie działo się już jednak nic na podobną skalę. No z wyjątkiem kiedy pod stadionem zatrzymał się jeden pojazd z Polski, ale kiedy już do niego dotarliśmy to zdążył zaparkować na terenie stadionu. Polakom trzeba przyznać, że próbowali stawiać opór w znacznie mniejszej liczbie, zranili kilku naszych nożami, ale to im nie pomogło. Zostawili na asfalcie kilku swoich poszkodowanych i zabarykadowali się w barze. Kilku policjantów próbowało przerwać starcie, ale nie odniosło większych sukcesów. Nawet banan ich dowódcy trafił w nasze ręce. Zwróciliśmy banana glinom (dowódca nie był złośliwy, wykonywał swoją pracę, ale nie wdawał się w żadne prowokacje), najwyraźniej w porę, bo zaraz na stadionie zaczęły zbierać się posiłki. Musieliśmy się stamtąd wycofać. Wiem, że w barze doszło do jeszcze jednego, udanego dla nas spotkania, ale tam również nie byłem obecny”.
*Potem Ingvaras spotkał swojego kolegę o ksywie „Wiewióra”, którego nie widział od czasów sowieckich. Cherlawy chłopak stał się silnym i postawnym policjantem, który przywitał się z Ingvarasem i powiedział, że teraz oni kontrolują sytuację.*
„Na tym zakończyły się walki tego dnia. Polacy usadowili się od strony hotelu „Lietuva”, my koło stadionu. Między nami było pełno policji, panował spokój. Jedynie z trybun obrzucaliśmy się wyzwiskami, a Polacy skandując cały czas zapraszali do odwiedzenia ich w Chorzowie. Polaków w Wilnie było około 120. Po tym wydarzeniu wszystkie strony internetowe zostały zalane opowieściami o tym, jak atakowaliśmy ich tam setkami. W sumie było nas może około 60, a wcale nie tak mało stanowiło wsparcie z Atlantasu. Na samym meczu na trybunach zgromadziło się może 300 osób. Jak to na europejskich pucharach, pojawiło się także sporo kibiców sukcesu.

Teraz o wyjeździe do Chorzowa.
„W połowie drogi z Częstochowy do Chorzowa przechwycili nas policjanci z Katowic, a pod stadionem powitała grupa „kosmonautów”. „Jeśli nie sprowokujecie bójki – wpuścimy was na stadion” – powiedział gliniarz wsiadając do autobusu. Później dowiedzieliśmy się, że przez tą ostatnią godzinę spowodowaliśmy poważne spory. Żalgiris złożył skargę do delegata UEFA, mówiąc, że napisze protest i zażąda ukarania Ruchu za niewpuszczenie kibiców. Klub wysłał do Chorzowa oficjalne pismo, zgodnie z przepisami UEFA, mówiąc, że mają się tu pojawić kibice z Litwy, a Ruch nie chce ich wpuścić. Delegat pogroził Ruchowi i w końcu ugięli się. Znaleźliśmy się na sektorze, gdy przeciwnicy prowadzili już 1:0. A potem nie widzieliśmy już żadnej walki, Polacy grali do jednej bramki, a Żalgiris tylko wyciągał piłkę z własnej siatki. (w Wilnie Żalgiris wygrał 2-1, w Chorzowie przegrał 0-6 – aut). Na sektorze, w którym przebywaliśmy, nie było krzesełek, ławek ani niczego podobnego. Policjanci wycofali się i można tam było robić, co się chciało. Poczucie wolności – nie to co w moim Wilnie. Na wszelki wypadek zawiesiliśmy nasze flagi od wewnętrznej strony płotu, tak jak zrobił Ruch na Litwie. Mimo tragicznej porażki na boisku, wokalnie zdobyliśmy cały stadion w Chorzowie. Cóż, nie było szans, żeby tego nie dokonać, Psychofans z jakiegoś powodu nie prowadzili w ogóle dopingu.
Kiedy po meczu czekaliśmy na stadionie aż gliny nas wypuszczą, gdzieś z zewnątrz słychać było krzyki i strzały. Po 20 minutach oczekiwania zostaliśmy zaprowadzeni do autobusu, który stał zaparkowany w pobliżu wyjścia z obiektu. Policjanci ostrzegali, aby ci którzy siedzą przy oknach uważali i ruszyliśmy dalej. Ostrzeżenie jednak nie było konieczne, w stronę autobusu poleciały tylko dwa kamienie i trafiły go w bok. A potem była eskorta. Naliczyliśmy 10 furgonetek policyjnych. „”Będzie co opowiadać wnukom. Nigdy nie byłem eskortowany tak jak prezydent. Może powinniście częściej trafiać kogoś w Wilnie? Z przygodami jeździ się ciekawiej” – powiedział Rimas, kierowca naszego autobusu piętrowego.
Tuż za Katowicami, gdy napięcie było już na wyczerpaniu, dogonił nas pierwszy samochód Psychofanów. Potem drugi, trzeci i kolejny. Policzyliśmy je. Wyszedł nam jeden mikrobus, a liczba samochodów wahała się od 7 do 9. Kilku z nich próbowało nas zatrzymać.
„A ci czego tu? Myślą, że są w stanie mnie zatrzymać? Swoimi gównoautami tyle ton?” – Rimas, ogarnięty emocjami, wycelował prosto w samochody wroga. I za to otrzymał potem przydomek Psychodriver. Następnie samochody zostały ściągnięte na pobocze przez policję, a my jechaliśym dalej. Policjanci nie odpuszczali do samej Warszawy. Psychofans – także. Policjanci wypakowali wielu z nich, a gdy przechodzili koło autobusu, chwalili się przez okno Psychodriverowi: „Tu jest jeszcze kilka – takie a takie kije bejsbolowe, takie a takie noże” itd. A tuż przed Warszawą powiedzieli: „Teraz możesz spokojnie prowadzić. Nie pojadą do Warszawy. W Warszawie jest Legia. I pewnie już skądś wiedzą o tych manewrach Psychofanów”. I rzeczywiście. Nie było już nic więcej. Przejechaliśmy przez stolicę Polski i kilkadziesiąt kilometrów później autobus zatrzymał się na leśnej stacji benzynowej. Nasz Psychodriver się załamał.
Dlaczego więc wydarzenia związane z Lechem Poznań wzbudzają tak wiele emocji? Według relacji poznaniaków wy zniszczyliście ich samochody, Lech zrobił antylitewski transparent, nie było żadnych bójek, nikomu nic się nie stało.
Aj, nie chce mi się. Odmawiam dalszej rozmowy. Ile można rzucać te same, bezsensowne oskarżenia? Pisz jak mówił Lech, Polonia, czy tam jeszcze kto inny, że tłukliśmy ich auta itd.
Nie rzucam oskarżeń. Nikogo nie reprezentuję. Nie było mnie tam, to nie jest moja opinia. Inaczej, jak to wyglądało z Twojej perspektywy? Kibice Lecha mówili, że fani Żalgirisu zniszczyli ich samochody.
Słuchaj – dlaczego miałbym się ciągle usprawiedliwiać przed głupimi zarzutami? Słyszałem o jednym aucie i wiem kim jest człowiek, który przebił w nim opony. Dowiedziałem się o tym może z rok później. I ten gość nie ma nic wspólnego z jakimikolwiek litewskimi kibicami. Dla mnie samego to było dziwne i nie chciało mi się w to wierzyć. Ale potem podzielił się tym jeden z fotografów sportowych, który miał akredytację na ten mecz. Nie znam go osobiście, ale wiem, że ktoś taki jest. A dlaczego tak bardzo nienawidzi Lecha czy Polaków, nie pytałem. Co do starć – jeśli dobrze zrozumiałem to Lech nie dążył w Wilnie do konfrontacji za wszelką cenę, chciał pokazać, że jego kultura stoi na wyższym poziomie niż Legii. My zebraliśmy się i przemaszerowaliśmy z okrzykami do miasta, które było pełne kibiców Lecha. Ich spojrzenia były nieprzyjazne, ale zachowywali spokój, choć oczywiście, mogliby nas tam rozbić bez większego wysiłku. Był jeden incydent, który doprowadził do eskalacji – tuż przed Ostrą Bramą. Znajdowała się tam grupa Lecha, my szliśmy bokiem śpiewając. Oni krzyknęli coś w stylu „Polskie Wilno”, my coś tam odpowiedzieliśmy. Rzucili w nas jeszcze niedojedzonym kebabem. Zatrzymaliśmy się i zaraz miała wybuchnąć bijatyka ale nagle gdzieś pomiędzy nami pojawił się policyjny oddział sił specjalnych i zepchnął nas w różne strony. Tak było w Wilnie. W Poznaniu nie odnieśliśmy żadnych obrażeń. Policja ponownie otoczyła nas podczas drogi, zabrała na stadion i trzymała tam przez 4 godziny, nie pozwalając nam poruszać się po mieście, a następnie wyprowadziła nas po meczu.

Obwiniano nas także za to, że w trakcie meczu w Wilnie skandowaliśmy „polska kurwa”. Osobiście apelowałem przed meczem, żeby do tego nie doszło, choćby dlatego, że Kamil Biliński grał dla nas, a Marek Zub był trenerem.

Twierdzisz, że to, co napisali Polacy, nie jest prawdą. Kibice Lecha pewnie powiedzą to samo o Twoich słowach. To jest naturalne. Załóżmy sobie, że Lech i Żalgiris trafiają na siebie w europejskich pucharach latem 2022 roku. Jak myślisz, jak by to wyglądało? Powtórka z 2013 r., czy może spokój?
Z Lechem? Nie sądzę aby było spokojnie. Raków, Śląsk, jakiś inny klub – możliwie byłby spokój. Ale nie Lech.
Zmieniając temat na koniec – w Polsce są też kibice, którzy interesują się Litwą i litewską piłką nożną. Czy warto przyjechać i obejrzeć mecz Żalgirisu?
Cóż, prawdopodobnie nie zobaczycie tutaj niczego ciekawego. Choć w miarę często można spotkać groundhopperów z Polski. Przy okazji, kiedy byliśmy w Murskiej Sobocie w zeszłym roku, przywieźliśmy ze Słowenii jednego gościa ze z Polski, który był na naszym meczu. A swego czasu przez kilka lat wszędzie, w domu i na wyjazdach, towarzyszył nam chłopak z Legii. Był studentem, uczył się w Wilnie. To było jakieś 17-20 lat temu.
obrazek wyróżniający: Głos Wielkopolski








Szczerze mówiąc, nigdy nie zrozumiem, jak można bić drugiego człowieka, bo kibicuje innemu klubowi.