Wczoraj w mediach społecznościowych Bałtyckiego futbolu mieliście okazję śledzić podróż na Słowację i to co działo się na sektorze gości w Bratysławie. W tym tekście znajdziecie szczegółową relację ze wszystkimi moimi spostrzeżeniami i uwagami.
Dla mnie wyjazd zaczął się ok. 2 w nocy w Warszawie. Niewiele brakowało a bym zaspał i nie wstał, ale dzięki czujności mojej narzeczonej która w środku nocy przyjechała mnie obudzić bo nie było ze mną kontaktu wszystko skończyło się happy endem. Dotarłem na czas na stację benzynową z której mieli zgarnąć mnie Litwini. Na całą wycieczkę zaprosił mnie jeden z kibiców Pietų-IV, który jest obserwatorem mojej strony od dłuższego czasu.
Jechałem wyjazdem organizowanym przez grupę Pietų-IV. W głowie nazwałem nas „grupą hotelową” bo nocowaliśmy potem w jednym z bratysławskich hosteli. Reszta transport i nocleg organizowała sobie na własną rękę. My podróżowaliśmy 3 mikrobusami po 8-9 osób każdy. Jak później udało mi się naliczyć grupa hotelowa liczyła sobie mniej więcej 25 osób.
Od samego początku zastanawiałem się jak właściwie zostanę przyjęty. Z jednej strony sami mnie na ten wyjazd zaprosili i informacja na pewno poszła dalej, więc większych obaw nie miałem. Z drugiej strony jestem jednak człowiekiem z zewnątrz, obcokrajowcem, a między Polakami i Litwinami bywa różnie. Kilku z fanów Žalgirisu znałem z internetu ale nigdy nie miałem okazji poznać ich osobiście. Starałem się więc w miarę możliwości trzymać z tymi, których chociaż kojarzę z sieci.
Moje wątpliwości zostały rozwiane już na samym początku. Moi towarzysze podróży przyjęli mnie serdecznie, a z czasem zaczęło wychodzić coraz więcej punktów wspólnych. Ja próbowałem swoich sił na tyle ile umiałem po litewsku, oni – po polsku. Dużo wiedzą także o naszej piłce nożnej. Gdy powiedziałem że jestem z Warszawy to z dwoma kibicami miałem przyjemność konwersować o Legii, Polonii, jeden rzucił nawet coś o Ursusie. Jak sami tłumaczyli Polska jest dużym krajem z ciekawym futbolem, śledzą to co się u nas dzieje. I to nie tylko w kontekście Ekstraklasy, przez moment rozmawialiśmy nawet o III lidze.

Potem z kolejnymi postojami poznawałem osoby z innych busów. Tak zwani „decyzyjni” z młodego pokolenia podeszli do mnie równie sympatycznie, zagadywali trochę po angielsku, trochę po litewsku. Nie czułem się w ogóle jak obcy mimo że nie rozumiałem wszystkiego co do mnie mówią. Wtedy właśnie posiłkowaliśmy się językiem polskim. Jak sami Litwini przyznają jest to w zasadzie mieszanka języków polskiego, rosyjskiego i białoruskiego którą posługują się mieszkańcy mniejszości w Wilnie.
Po przyjeździe do hostelu nie wytrzymałem i zapytałem jednego ze swoich współlokatorów czy nie mają nic przeciwko temu, że pojechał z nimi Polak. Odpowiedź wpisywała się w ramy tego co pisałem wyżej. Arūnas rozumiał coś po polsku, miał też znajomych z Polski, nikt nie ma żadnego problemu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ze zrozumiałych względów traktowali mnie inaczej, ale ten wyjazd na pewno w jakimś stopniu pokazał, że wcale nie musi być tak, że jest między Litwinami i Polakami jakaś wrogość. To naturalnie nie jest żaden wyznacznik, lecz dla kibiców Žalgirisu moja narodowość nie miała najmniejszego znaczenia. Trafiłem do pokoju z czwórką zupełnie obcych ludzi, którzy pomagali mi się świetnie w tym wszystkim odnaleźć. Za to jestem wdzięczny.
Gdy dojechaliśmy na miejsce przed 14:00 do meczu pozostawało jeszcze bardzo dużo czasu, bo około 7 godzin. Część wykorzystałem na indywidualne zwiedzanie miasta. Litwini byli po jeszcze dłuższej podróży niż ja, więc albo kładli się spać, albo gdzieś się rozproszyli. W ścisłym centrum nie rzuciło mi się w oczy nic związanego z meczem, nawet najmniejszy plakat, ale też specjalnie się na tym nie skupiałem.

Zbiórka grupy hotelowej została wyznaczona na godzinę 18:00. Początkowo zamysł był taki aby 2-3 kilometrowy odcinek na stadion pokonać pieszo idąc w barwach, ale ze względów bezpieczeństwa zrezygnowano z tego. W pobliże obiektu dostaliśmy się taksówkami. Zbieraliśmy się w okolicznym parku łapiąc się przy okazji z pozostałymi kibicami, którzy dotarli do Bratysławy na własną rękę. Grupa z każdą minutą powiększała się.
Ostatecznie ciężko mi oszacować ilu kibiców zielono-białych stawiło się tego dnia w sektorze gości. Wcześniej z moich rozmów z chłopakami z Pietų-IV wynikało, że liczba fanów tego dnia może wahać się od 50 do 100. Moim zdaniem było ponad 60 osób, ale do setki na pewno nie udało się dobić. Z tej liczby należy wyróżnić też 5 zgodowiczów z Atlantasu Kłajpeda, którzy tego dnia wspierają Žalgiris. Z parku udaliśmy się na krótki, liczący kilkaset metrów pochód. Od razu przykuło to zainteresowanie policji, która z lekkiego dystansu trzymała rękę na pulsie. Po drodze krzyczał coś do nas też jeden z kibiców Slovana, ale raczej chodziło o „odpowiedź” na nasze okrzyki w żartobliwym charakterze niż o napinanie się. Maszerując w stronę Tehelnego Pola cały czas krzyczymy i śpiewamy.

Wejście przez bramki przebiega szybko i sprawnie. Później dowiedziałem się, że doszło jedynie do małego zgrzytu, i że nie jestem jedynym obcokrajowcem na wyjeździe. Gościnnie pojawił się także Ukrainiec Witalij, który jest kolegą jednego z kibiców. Miał ze sobą flagę swojego kraju i koszulkę (flaga Ukrainy wisi zresztą regularnie na meczach wilnian), co nie spodobało się ochronie. Od UEFA dostali polecenie „zero polityki”, a pod to wliczają się flagi Ukrainy i Rosji. Flagę musiał zostawić więc do depozytu, koszulkę po dłuższej dyskusji mógł zostawić. Wywołało to swoją drogą śmieszną sytuację kiedy kibice rozwijali do kontroli flagi. Jeden z fanów musiał dosłownie literować napis na fladze zgodowej Žalgirisu i Atlantasu. Ten drugi klub ma żółto-niebieskie barwy i ochrona chciała mieć pewność, że nie ma tam niczego związanego z Ukrainą.

Co ciekawe kwestia ukraińska wróciła jeszcze w trakcie meczu dwukrotnie. Na początku jeden z ochroniarzy przyczepił się do zielonej (!) flagi znowu mówiąc coś o polityce. Gdy wszedł między kibiców zaraz zaczęli się zbierać kolejni, żywiołowo dyskutowali o czymś z jednym z kibiców, ale nie wiem o co chodziło dokładnie. W każdym razie odpuścili, ale pozostali w pobliżu. Reakcją był głośny okrzyk „Putin chujło”, który trafił akurat na przestój kibiców Slovana, więc był doskonale słyszalny. Do następnego incydentu doszło w drugiej połowie. Nie wiem w jakich okolicznościach ale na sektorze jednak pojawiła się flaga Ukrainy. W pierwszej połowie stałem w samym środku młynu, zaś w drugiej znalazłem się jako pierwszy z prawej. Tym samym byłem pierwszy na drodze ochroniarza, który ruszył aby zabrać flagę. I tak o ile prawie zdarłem gardło na okrzyku o Putinie, o tyle w tej kwestii nie zamierzałem wdawać się w awantury. Stałem więc jak stałem, a ochroniarz swoją posturą i umundurowaniem pchał mnie na kolejnych kibiców. Spotkał się jednak z oporem i próbował wejść innym rzędem wylewając przy okazji napój z mojego kubka. Finalnie nie wiem jak to się skończyło, kogoś tam wzięli na jakieś rozmowy, ale nie wczuwałem się już w ten temat. Na koniec i tak sprawa zakończyła się polubownie, bo kibic od flagi wychodząc ze stadionu rzucał do ochroniarzy „good bye” i próbował chyba jeszcze coś o tej fladze mówić usprawiedliwiając swoje postępowanie. Rozstali się więc w zgodzie. Jedynie pojedynczym jednostkom emocje i alkohol trochę zamieszały w głowie i szybko zostali postawieni do pionu przez kolegów po szalu.

Rozmawiając z gniazdowym ten przyznał, że tego dnia doping stał na naprawdę wysokim poziomie, po niektórych przyśpiewkach wolał do nas „super, super”. Jedną z moich obaw było właśnie to, że nie znałem przyśpiewek i okrzyków Žalgirisu. Litwini mówili żeby się tym nie przejmować, ale i tak było lepiej niż myślałem. Początkowo byłem zdania, że stojąc w środku młynu porwałem się z motyką na słońce, ale wyszło super. Słowa z mniej złożonych okrzyków udało mi się wyłapać i sam szybko wiedziałem o co chodzi. W tych trudniejszych krzyczałem pojedyncze słowa/zdania które rozumiałem. Nikt i tak się do mnie o to nie czepiał. Najbardziej podobała mi się przyśpiewka na melodię „How much is the fish” Scootera. Okrzyk „Pirmyn į kovą Vilniaus Žalgiris ” (pol. Žalgiris Wilno naprzód do walki) był prosty do przyswojenia, a i mi jako fanowi rzeczonej piosenki bardzo przypadł do gustu. Po meczu pod sektor podchodzą piłkarze i dziękują za wsparcie. Doping prowadzony był przy asyście bębna, na sektorze zawisło także 8 flag.

Co do kibiców Slovana – nie mam pojęcia ilu ich było, ale gdy udało im się zaangażować do śpiewania cały stadion to było głośno. Dopingowali w asyście flag na kijach. Na sytuację z ochroną nie reagowali, podobnie jak na okrzyki o Putinie i Ukrainie. Wyjątkiem jest jeden z kibiców, który siedział niedaleko naszego sektora i także dołączył do okrzyków uderzających w prezydenta Rosji. Cały młyn Slovana z kolei gwizdał podczas minuty ciszy dla zmarłej królowej Elżbiety. Jeden z Litwinów zauważył także kibiców Ruchu Chorzów, którzy wspierali gospodarzy, ale mi osobiście nie udało się dostrzec fanów Niebieskich.

Na trybunie prężnie działał punkt gastronomiczny, który oferował napoje, kiełbaskę z chlebem, oraz drobne przekąski typu chipsy, batoniki itd. Jedyne o co się chyba można przyczepić to uboga oferta gastronomiczna, bo jeśli ktoś miał ochotę na coś ciepłego to do wyboru była tylko kiełbaska i nic więcej.

Po zakończeniu spotkania ochrona ze względów bezpieczeństwa trzyma nas jeszcze około pół godziny, a ja wtedy przeżywam coś, czego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłem. Dostaję mnóstwo zapytań o wrażenia z wyjazdu, o to jak mi się podobało. Jestem przedstawiany kolejnym osobom, ludzie których znałem z internetu opowiadają innym o mojej działalności. Hitem był kompletnie nieznany mi gość, który spytał się czy jestem Rafał. Po otrzymaniu odpowiedzi twierdzącej szczęśliwy przybił ze mną piątkę. Ludzie, których poznałem kilka godzin wcześniej wypytują mnie o moje przeżycia z meczu, czy całej podróży. Po litewsku, po polsku, po angielsku. Jestem szczęśliwy i piekielnie zmęczony bo w noc poprzedzającą mecz spałem niecałe 3 godziny. Przez które w dodatku prawie przegapiłbym wyjazd. Litwini idą jeszcze świętować, w końcu jest co. Historyczny występ w fazie grupowej europejskich pucharów, 0-0 przeciwko silniejszemu zespołowi, dobry doping. Ja nie miałem już siły, poszedłem od razu spać.
Co do samego przebiegu meczu chyba nie jestem w stanie zbyt wiele napisać, za bardzo skupiałem się na dopingu. Świetnie spisywał się w bramce Edvinas Gertmonas, który w drugiej połowie w nieprawdopodobny sposób obronił uderzenie jednego ze Słowaków. Žalgiris miał swoje szanse, ale nie da się ukryć, że w pewnych momentach aż prosiło się o oddanie strzału zza pola karnego, zamiast dalszych prób odgrywania piłki do partnerów. Więcej okazji miał Slovan, ale szwankowała celność. Z remisu więc bardziej cieszy się mistrz Litwy.
I tak wraz z drogą powrotną, w której jestem w momencie pisania, dobiega końca przygoda mojego życia i idealny prezent na 5-lecie strony. Chłopaki zapraszali mnie już na kolejny wyjazd, tym razem do Armenii, i oczywiście na Litwę. To na razie jednak musi poczekać, ale wierzę, że będę mógł wam zrelacjonować jeszcze nie jeden mecz wileńskiej drużyny prosto ze stadionu. Zwłaszcza, że byłem na Słowacji jako kibic, nie dziennikarz.
Fot. Žalgiris Wilno







