Reprezentacja gra tragicznie, kluby w Europie jedynie raz doszły do fazy grupowej Ligi Europy, a ludzie w małym stopniu interesują się piłką. W takich okolicznościach ciężko jest robić piłkarski marketing, ale jakoś trzeba ludzi zachęcić. W niniejszym tekście pochylę się nad działaniami mającymi z założenia poprawić wizerunek piłki na Łotwie i ich skutecznością.
Największa tego typu akcją związaną z piłkarską reprezentacją Łotwy było przedstawianie ich jako 11 wilków: nieustraszonych i drapieżnych. Kampania w social mediach ruszyła jakiś czas temu ale patrząc po komentarzach kibiców, czy nawet samych piłkarzy ciężko powiedzieć aby odniosła spodziewany sukces. Obecnie służy raczej jako spirala napędzająca prześmiewcze komentarze w internecie, bo piłkarze na ten moment częściej nazywani są „chihuahua” niż „wilkami”. Na nic zatem zdały się drapieżne wizerunki, na nic hashtag #11vilki.

Zaczęło się intrygująco. Przygotowano specjalne gadżety z nowym logo, umieszczono je na koszulkach, zawodnikom podczas sesji zdjęciowych malowano drapieżne motywy na twarzach, zaś wilk miał być nowym talizmanem łotewskiej reprezentacji. Ciężko jednak brać na poważnie drapieżny wizerunek drużyny, która nie potrafi wygrać nawet z Andorą, a od silniejszych drużyn zbiera kilkubramkowe baty. Doszło do sytuacji kiedy głos zabrał nawet jeden z piłkarzy. Uczynił to młody napastnik szwajcarskiego Sionu Roberts Udlriķis po porażce z Macedonią Północną 1-3:
Wilki, wilki, ale zagraliśmy jak psy chihuahua. Lepiej iść do teatru lalek z tymi wilkami. Najpierw coś wygraj, a potem możesz robić marketing.
No właśnie, czy ktoś w federacji w ogóle pomyślał, że przy obecnej dyspozycji kadry i ogólnej kondycji krajowej piłki, taka kampania nie ma racji bytu? Że dużo lepiej było to zrobić choćby w kontekście reprezentacji U19, która przynajmniej zdołała zanotować kilka dobrych rezultatów? Najlepszą marketingową okazją był bez wątpienia awans na Euro 2004, ale wówczas nie było rozwiniętych social mediów. Fakt faktem, że ówcześni marketingowcy pozostawili trudny teren tym dzisiejszym. Rewelacyjna szansa na promocję piłki w kraju została zaprzepaszczona, dziś to nie jest nawet Top3 sportów na Łotwie. Obecna strategia, którą obrali łotewscy marketingowcy bardziej jednak szkodzi wizerunkowi reprezentacji niż pomaga. A chyba nie o to chodziło.
Sama sytuacja w federacji nie wzbudza pozytywnych emocji. Krajowy związek zżerają wewnętrzne problemy. Dalej obecny jest wątek ustawiania meczów, ale to nie jest główną bolączką. Brak lojalnych członków, każdy kongres LFF to wzajemne kopanie pod sobą dołków, zarzuty i oskarżenia. Federacja nowy status spisała naprędce, ponad 40 stronicowa dokumentacja związana z nowymi uchwałami została rozesłana członkom struktur na 2 dni przed zjazdem. Wszystko po to aby stwierdzić, że nie jest ona na tyle kompletna, aby debatować w obecnej chwili nad zatwierdzeniem wszystkich zmian. Już sam obraz krajowej federacji jest poważnym utrudnieniem aby tworzyć skuteczny marketing. Kto miałby brać na poważnie instytucję, która bardzo długi czas nie potrafi rozwiązać swoich problemów?
Innym problemem jest także brak przebojowych zawodników w silnych ligach, choć to już oczywiście nie jest winą sztabu marketingowego. Przykładowo Artjoms Rudņevs był świetną reklamą dla łotewskiej piłki w Polsce. Jego znakomita dyspozycja sprawiła, że doszło nawet do sytuacji w której Lech Poznań poprosił napastnika o polecenie kilku łotewskich piłkarzy do klubu. Ci w Kolejorzu się nie przebili, ale za sprawą swojego kolegi mieli w ogóle możliwość zaprezentowania się w Polsce, która dla łotewskich zawodników jest bardzo atrakcyjnym miejscem pracy. No bo skoro wypalił nam jeden talent z danego kraju, to czemu nie miałby następny? Jego przejście do Bundesligi sprawiło, że ludzie choćby z czystej ciekawości zapragnęli sprawdzić jak wygląda piłka na Łotwie. Dziś kogoś takiego brak, Łotysze w Polsce poza Pāvelsem Šteinborsem nie wyróżniają się. Najlepszym dowodem niech będzie sytuacja, której uświadczyłem w marcu na PGE Narodowym podczas meczu Polska – Łotwa. Piłkę na prawym skrzydle pod polem karnym Polski dostał Vladislavs Gabovs, były piłkarz Korony Kielce. Mężczyzna stojący obok skwitował to szyderczym stwierdzeniem: „Zaraz tu Gabovs pie**olnie, hahaha”. Więcej w tym temacie dodawać chyba nie trzeba.
Temat reprezentacji odłożymy na razie na bok, bo piłka klubowa to już zupełnie inna kwestia. Tu dużym utrudnieniem były upadki dwóch wielkich łotewskich klubów – Metalurgsa Lipawy i przede wszystkim Skonto Ryga. Obydwa zespoły znane choćby z pojedynków z polskimi drużynami w Europie, ale nie tylko. Skonto w międzynarodowym środowisku dało się poznać jako klub, który zdobył 14 mistrzostw z rzędu, potem dołożył 15. kilka lat później. Ta fantastyczna seria do dziś stanowi jeden z najbardziej imponujących wyników w Europie, dodatkowo wielu piłkarzy dzięki grze w tym klubie wypromowało się na tyle, aby móc zagrać poza granicami kraju. Na to jednak marketingowcy również wpływu nie mają, jednak i tak udało się poprawić wizerunek rozgrywek.
Zmiany na lepsze zaczęły się od nowego sponsora tytularnego. Od tego sezonu przestała być nim czesko-łotewska sieć barów sportowych SynotTip, a tą rolę przejął totalizator sportowy Optibet. Całkowicie zmieniono szatę graficzną na przyjemniejszą fioletową, dokładnie na wzór angielskiej Premier League.

Postanowiono także wzbogacić atrakcyjność rozgrywek i pierwszy raz w historii uruchomiono Fantasy Ligę. Pula nagród jest również atrakcyjna, bo co kolejkę trójka najlepszych graczy może wygrać bony (największy na kwotę 100€) na zakupy w sieci sklepów sportowych Sportland. Co jakiś czas przewidziane są także atrakcyjniejsze zdobycze jak np. oryginalna koszulka Sportingu Lizbona. Do zabawy przystąpiły setki, jeśli nie tysiące graczy, a udział biorą nie tylko kibice, ale nawet sami dziennikarze i zawodnicy. Nic zatem dziwnego, że wreszcie za pośrednictwem 3 stacji telewizyjnych można obejrzeć każdy mecz kolejki Virslīgi, a także jedno wybrane spotkanie 1. Līgi. Warto również wspomnieć, że za sprawą świetnej promocji, zarówno w social mediach ligi jak i klubów, na ostatnie Derby Rygi: Riga FC – RFS, przyszło aż 3241 widzów, gdzie średnia frekwencja ligowa nie przekracza 700 osób. Liczba widzów ze starcia 2 topowych klubów to najlepszy wynik pod tym względem od… 10 lat! Gdyby udało się jeszcze ugrać dobry wynik w europejskich pucharach, to na pewno byłaby szansa na jeszcze więcej kibiców na trybunach.
Najprostszym zabiegiem reklamowym z pozoru wydaje się ściągnięcie jakiegoś znanego zawodnika, najlepiej gwiazdora przed emeryturą. Po pierwsze jednak przykład choćby Eduardo da Silvy w Legii pokazuje, że niekoniecznie taki zawodnik wnosi coś do drużyny, po drugie trzeba mieć pieniądze na wysoki kontrakt. Średnia zarobków w Virslīdze w wysokości 2,5-3 tysięcy euro nie powala na kolana. Gwiazdy oczywiście mogą liczyć na więcej, tu już mowa o kwotach powyżej 5 tysięcy euro miesięcznie, ale to wciąż za mało. Sam poziom sportowy ligi również raczej nie zachęca bardziej znanych zawodników aby przyjeżdżali do Łotwy. W tym wypadku najprostsze wyjście nie jest w zasadzie zbyt wykonalne.
Optibet wraz z przyjściem do Virslīgi postawił na odważne zmiany i powiew świeżości. Póki co liga wychodzi na tym bardzo dobrze, bo pod względem wizerunkowym to duży plus. W przeciwną stronę poszedł niestety marketing reprezentacji. Ktoś ewidentnie nie przemyślał całej strategii – przy obecnych rezultatach, ale przede wszystkim i możliwościach łotewskiej kadry, nie można kreować na drapieżników piłkarzy, którzy w kiepskim stylu przegrywają prawie z każdym. A sygnały sprzed kampanii w postaci porażki z Gibraltarem czy męczarni z Wyspami Owczymi, wskazywały na to, że łotewski futbol pikuje w dół. Ktoś chyba niewłaściwie usiadł do przemyśleń nad ryzykiem związanym z takim planem marketingowym i teraz płaci za to dużą cenę. Jest nią szydera nie tylko ze strony kibiców, ale już nawet od samych piłkarzy.
Fot. Thenextweb.com







