Wieczór wstydu

O wczorajszych meczach eliminacyjnych Litwini i Łotysze będą chcieli jak najszybciej zapomnieć. Po raz kolejny silniejsi rywale wbili Bałtom po kilka goli, a katastrofalny obraz obydwu reprezentacji pogłębia się z każdym meczem.

O stylu w jakim Łotwa przegrała nie ma co pisać więcej niż trzeba. Ograniczmy się zatem do jednego słowa: „dramat”. W reprezentacji nie ma już ani śladu po optymiźmie, który pojawił się za sprawą dobrej gry w meczu z Polską pod koniec marca w Warszawie. Rezultaty w minionej serii gier mówią za siebie wszystko: 0-3 z Izraelem, 0-5 ze Słowenią. Nic dziwnego, że kibice mieli dosyć, i w trakcie spotkania zaczęli ściągać flagi. Nie brakowało żartów i ironicznych komentarzy. Po spotkaniu trener reprezentacji Łotwy, Slaviša Stojanović, powiedział : „W mojej ojczyźnie po takim spotkaniu piłkarze nie mogliby wyjść na ulicę. Tutaj jest inaczej, ludzie są uprzejmi. Nie ma żadnej presji, być może to jest problem” (nie tłumaczyłem słowo w słowo ale sens wypowiedzi został zachowany). Jaka na Łotwie może być presja, gdy futbol nie jest popularnym sportem, a reprezentacja przyzwyczaiła fanów do kiepskich wyników?

Litwini wprawdzie nie przegrali w Belgradzie z Serbią do 0, ale i tak powodów do zadowolenia nie ma. Na 4 bramki Serbii podopieczni trenera Valdasa Urbonasa zdołali odpowiedzieć tylko raz, gdy Arvydas Novikovas z Jagiellonii Białystok trafił z rzutu karnego. W przeciwieństwie do swoich sąsiadów Litwini mogą być pewni, że nie skończą eliminacji bez punktów, gdyż kilka dni temu zremisowali 1-1 z Luksemburgiem. Cóż z tego, skoro najprawdopodobniej zakończą rywalizację na ostatnim miejscu? Na próżno szukać nadziei na punkty w meczach z Ukrainą czy Portugalią… To stwierdzenie tłumaczy chyba w wystarczającym stopniu w jak beznadziejnej sytuacji są państwa bałtyckie.

Z jednej strony nikt nie spodziewał się dobrych wyników z silniejszymi reprezentacjami, z drugiej takie porażki przypominają jakby grała Andora czy Malta, a nie europejski średniak, którym Litwa i Łotwa już dawno nie są. Obie federacje toną w problemach organizacyjnych. W litewskiej A Lydze na 8 zespołów 2 grają bez licencji, na zapleczu te liczby są jeszcze większe. Z kolei łotewski związek zupełnie nie ma pomysłu na rozwiązanie swoich wewnętrznych problemów z organizacją struktur, pozyskaniem lojalnych członków i porządnym opracowaniem statutu. Dochodzi do kuriozalnej sytuacji, że nikt nawet nie ma jak przyjrzeć się klubowi podejrzewanemu o brudne gierki gdyż na kongresach federacji ludzie wzajemnie się oskarżają i nie są w stanie wypracować wspólnie sposobu wyjścia na prostą. To by chyba było na tyle…

Share on facebook
Share on twitter

Logowanie