Pāvels Šteinbors dopiero w wieku 12-13 lat poczuł bramkarskie powołanie, gdyż do tego czasu grał jako stoper. Dla golkipera Arki Gdynia piłka nożna nie była miłością od pierwszego wejrzenia, wcześniej próbował swoich sił w rozmaitych dyscyplinach sportowych. Bardzo ceni Adama Nawałkę, dzięki któremu trafił do Polski, gdyż miał oferty z Championship, ale to były szkoleniowiec reprezentacji Polski zabiegał najmocniej, aby Pāvels przyszedł do Górnika Zabrze. Szymon Góralski zapytał go także o wiele innych rzeczy, związanych nie tylko z klubową piłką.
Szymon Góralski: Jak wyglądały Twoje początki z piłką nożną? Od początku interesowała Ciebie tylko ona?
Pāvels Šteinbors (Arka Gdynia): Właśnie nie, nie była ona moim pierwszym zainteresowaniem. Na początku była koszykówka, sporty walki typu kung-fu, karate itd., siatkówka i tenis, ale te sporty nie wkręciły mnie. Pojawiła się za to piłka nożna, która mi się spodobała.
Jak to się stało, że zacząłeś grać na bramce?
Zaczynałem treningi jako stoper i dobrze mi szło ale czułem, że to nie jest do końca to co mi pasuje. Natomiast miałem dobre warunki na bramkarza. Byłem wysoki, szczupły, bardzo elastyczny, rozciągnięty. Wszystko wskazywało, że najlepiej będzie mi na pozycji bramkarza i czułem się tutaj komfortowo. I potem już tak zostało. Miało to miejsce w wieku 12-13 lat.
Czy mógłbyś opowiedzieć o swoim pobycie w Blackpool?
Było to w 2008 roku. Wtedy ten zespół grał w Championship. Trafiłem tam, bo współwłaścicielem tego klubu był łotewski biznesmen. Najbardziej utalentowanym łotewskim piłkarzom załatwiał wypożyczenia do klubów angielskich z nadzieją, że któryś z nich podpisze kontrakt. Wśród nich znalazłem się też ja. Byłem jako jeden z pierwszych. W tamtym czasie miałem umowę z FK Jurmala. Właściciele Blackpool zgodzili się, ale nie płacili za mnie pieniędzy, więc zostałem wypożyczony do tego angielskiego klubu z opcją wykupienia później. Byłem pół roku, grałem w U-23 tzw. rezerwach. Jeździłem na kilka meczów jako rezerwowy bramkarz z pierwszym zespołem, tylko niestety nie dane było mi zadebiutować. Bardzo dobrze wspominam ten czas i był dla mnie cenny jako piłkarza. Anglicy to naród, który wręcz pasjonuje się piłką nożną. W Polsce też jest duże zainteresowanie, jednak w Anglii to jest coś wyjątkowego. Można powiedzieć, że to nawet trochę jak religia. Jest tam dużo rzeczy, których chyba nigdzie nie ma.
Jak wspominasz pobyt w Górniku Zabrze i współpracę z trenerem Nawałką?
To też był świetny czas. Szczerze powiem, że trafiłem na jednego z najlepszych trenerów w mojej karierze. Choć miałem to szczęście, że zawsze miałem dobrych fachowców wokół siebie tylko, że Adam Nawałka to był wyjątkowy trener. Do Górnika trafiłem na tygodniowe testy. Jadąc tam nie miałem przekonania aby podpisać kontrakt, bo miałem opcję aby trafić do 2-3 klubów z Championship. Ale kiedy przyjechałem do Zabrza, spotkałem trenera Nawałkę, który był bardzo zainteresowany sprowadzeniem mnie do klubu i widział mnie w swoim zespole, to postanowiłem, że zostanę tutaj. Menadżerowi powiedziałem, że wybieram Polskę.
Jak doszło do kontuzji, po której musiałeś nosić maskę?
Graliśmy mecz u siebie z Legią Warszawa i z Antkiem Łukasiewiczem zderzyliśmy się. Było wysokie dośrodkowanie. Wyszedłem do piłki, może trochę za późno krzyknąłem, każdy wykonywał swoją robotę, zderzyliśmy się głowami. Po tym starciu miałem złamaną kość jarzmową. Od razu pojechałem do szpitala gdzie udzielono mi pomocy lekarskiej. Po jakimś czasie poleciałem do Kolonii aby zrobić tą maskę, bo w Polsce wtedy nie było takiej możliwości. W Niemczech byłem dwa dni, zrobili maskę, wróciłem do Polski i już w niej mogłem trenować i grać mecze. Musiałem ją nosić ze względu na śruby, które miałem w środku kości. Lekarz nakazał mi taką ochronę przez około pół roku aby osłonić kontuzjowane miejsce.
Polskę opuściłeś na rok czasu i trafiłeś do Arki Gdynia, do ówczesnego beniaminka ekstraklasy. Jak do tego doszło?
Kończyła mi się umowa na Cyprze, szukałem różnych rozwiązań, klubów. Miałem zawsze dobry kontakt z trenerem Tkoczem, który pracował z Nawałką w reprezentacji Polski, a w Górniku też byliśmy razem. Któregoś razu zdzwoniliśmy się i on mi mówił, że jest w Polsce klub, który awansował do ekstraklasy i może coś się uda. Potem zadzwonił do mnie Edward Klejdinst, z którym porozmawialiśmy bardzo fajnej atmosferze, a później też trener bramkarzy Arki Gdynia Jarosław Krupski. Pogadaliśmy o szczegółach i przyjechałem do Gdyni.
Na początku przegrywałeś rywalizację z Konradem Jałochą. Jak sobie radziłeś z tym, że przez większość sezonu 2016/2017 byłeś jego zmiennikiem?
Spokojnie, normalnie. To jest bramkarskie życie. Konrad Jałocha bardzo dobrze bronił w tamtym okresie. Ja to rozumiałem, bo miało to sens. Robiłem swoje, pracowałem na treningach i czekałem na swoją szansę.
W poprzednim sezonie do pewnego momentu graliście na dobrym poziomie. Co się potem stało, że zaczęliście przegrywać?
Zacznę od tego, że zawsze uważałem, że stać nas awans do grupy mistrzowskiej, bo potrafimy grać co udowodniliśmy do momentu tej koszmarnej serii. Dużo rozegrało się w głowach. Złapaliśmy taki okres, że przegraliśmy jeden, drugi, trzeci mecz i nie mogliśmy wyjść tego kryzysu. Ogólnie zawsze jakiś piłkarz, klub ma okres lepszy, okres gorszy. Niestety nasz gorszy okres był długi. Nie pamiętam czegoś podobnego. Mogę za to zapewnić, że każdy się starał, trenował, wierzył. Nie było czegoś takiego, że miał spuszczoną głowę i powiedział „nie wiem co mam robić”. Każdy wiedział, tylko po prostu nam nie szło. Dlaczego? Nie umiem tego opisać jednym słowem.
Za trenera Jacka Zielińskiego zaczęliście dużo strzelać na bramkę. Rzeczywiście trener Wam mówił aby często uderzać? Czy też wprowadził inne metody treningowe?
Trener nam powiedział, że każdy u nas z piłkarzy ofensywnych potrafi bardzo dobrze strzelić, i dlaczego my tego nie możemy wykorzystać w meczach? Twierdził, że 5 razy strzelisz – jest szansa na strzelenie gola. Raz obroni bramkarz, raz strzał może będzie niecelny a za kolejnym razem może być gol. Zaczęliśmy więc sporo uderzać na bramkę rywala i coś tam wpadało.
Przed Wami nowy sezon. Jakie są wasze cele?
Jeszcze nie mieliśmy takiego spotkania z właścicielami, prezesami odnośnie tego, jakie cele musimy osiągnąć. Natomiast mój prywatny cel to gra o pierwszą ósemkę, będę starał nakręcać chłopaków aby to osiągnąć, bo uważam, że stać nas na to.
Pierwszym Waszym przeciwnikiem jest Jagiellonia Białystok. Rywal, który Wam nie leży w ostatnim czasie. Jak podchodzicie do rywalizacji z ekipą trenera Ireneusza Mamrota?
To będzie nasz pierwszy mecz w sezonie 2019/2020. Jest to dla nas bardzo ważne spotkanie, bo gramy u siebie przed własną publicznością. Nasz cel to oczywiście zwycięstwo. Nie podchodzimy do rywalizacji z Jagiellonią jakoś szczególnie tylko z tego powodu, że ostatnio nie zdobywaliśmy z nimi choćby punktu. Ale nie oszukujmy się, Jagiellonia gra zawsze o wysokie pozycje w lidze, o Mistrza Polski, europejskie puchary. My na razie niestety walczymy o utrzymanie. Nie jestem jednak zdania, że pomiędzy nami jest taka przepaść. Mam nadzieję, że w piątek tym razem szczęście będzie z nami, każdy da od siebie 5% więcej, i osiągniemy pozytywny wynik.
Jeszcze podrążę temat rywalizacji z Jagiellonią Białystok. W grudniu 2016 roku w Gdyni zespół z Podlasia wygrał 3:2, ale gol Konstantina Vassiljeva padł po kontrowersyjnym rzucie wolnym pośrednim. Czy Twoim zdaniem sędzia Marciniak miał podstawy do podjęcia takiej decyzji?
Skoro gwizdnął to na pewno miał. Powiem szczerze, że byłem po tym meczu bardzo zdenerwowany na sędziego Marciniaka. Po jakimś czasie miałem okazję z nim pogadać w fajnej atmosferze. On jest naprawdę dobrym człowiekiem, fajnym i przyjemnym. Nie mam mu nic za złe. On robił swoje, ja robiłem swoje, ale to już historia i nie ma co do tego wracać.
Jak wspominasz Mistrzostwa Europy 2004 i eliminacje do tego turnieju?
Dla nas, dla Łotyszy, było to coś wyjątkowego. Duże święto, bo taki zespół jak Łotwa zrobił coś niesamowitego. Bardzo przyjemne chwile, każdy mieszkaniec Łotwy kibicował swoim rodakom.
Jakie wrażenie w tamtym momencie wywarł na Tobie Aleksandrs Koļinko?
Był to bramkarz na europejskim poziomie. Grał dużo w Anglii, w Rosji. Był jednym z najważniejszych ogniw w naszej kadrze. Między innymi dzięki niemu nasza drużyna awansowała Mistrzostwa Europy 2004.
Z perspektywy ławki rezerwowych i boiska jak oceniłbyś grę takich piłkarzy jak Robert Lewandowski, Cristiano Ronaldo czy zwycięzcy Ligi Mistrzów z ostatniego sezonu Xherdana Shaqiri? Czym oni różnią się od piłkarzy choćby z polskiej ekstraklasy?
Robert Lewandowski na przykład uważam, że swoją pracą i talentem wspiął się na kosmiczny poziom. Tylko nie każdy może to osiągnąć, bo niektórzy utalentowani piłkarze nie są tak pracowici jak napastnik Bayernu. Kiedy graliśmy z Portugalią to siedząc na ławce przez 10-15 minut obserwowałem tylko grę Cristiano Ronaldo. Tam dzieje się coś innego. Te jego pierwsze kroki z miejsca to coś niesamowitego, momentalnie startuje do piłki. On czasami tylko chodził i chodził, wybierał sobie pozycje ale piłka szła to wiadomo przyjęcie perfekcyjne i w ogóle… Coś niemożliwego.
Stadion Narodowy to zdaje się największy stadion na jakim rozegrała mecz reprezentacja Łotwy. Jakie wrażenie wywarł on na Twoich kolegach z reprezentacji?
No jakie mogą być wrażenia? Gdy przychodzi 50 tysięcy kibiców to nie ma nic lepszego niż grać dla takiej publiczności, przy takiej atmosferze. Każdy był zachwycony. Myślę, że u wszystkich chłopaków zostanie on w pamięci jako najlepszy mecz. Tremy u kolegów nie było. Każdy miał swoje zadanie do wykonania. Chcieliśmy nawet „coś ugryźć”, i w sumie niewiele nam brakowało.
Krążą plotki o odrodzeniu się Skonto Ryga. Czy wierzysz, że ten klub wróci na łotewską mapę piłkarską?
Nie. Nie ma takiego tematu.
I runda eliminacji Ligi Mistrzów i Ligi Europy wypadła dobrze dla łotewskich klubów. Jak oceniasz ich szanse przed rewanżami?
Szczerze byłem zaskoczony, że tak dobrze zaprezentują się w tych pierwszych meczach. Jestem dumny, że tak oni zagrali. Teraz wszystko w ich nogach i rękach aby przejść dalej. RFS wygrał z Olimpiją Ljubljana 3:2 i mają ułatwione zadanie awansu do kolejnej rundy. W domu trzeba solidnie zagrać, przede wszystkim w obronie. Gole strzelone na wyjeździe to duży plus. Reasumując, trzeba zagrać bezpiecznie w obronie i może coś się uda strzelić z przodu. Ventspils ma bardzo komfortową sytuację przed rewanżem, FK Liepaja troszkę gorszą. Szkoda, że nie udało się wygrać nie tracąc gola, bo wynik 1:1 stawia w lepszej sytuacji rywala z Mińska. Natomiast Riga FC osiągnęła dobry wynik ale zarazem taki, że nie może sobie pozwolić na bramkowy remis. Wszystko zależy od nich. Sprawa jest prosta, ten mecz trzeba wygrać, i grać dobrze w defensywie.
Jak oceniasz szanse reprezentacji Łotwy w piłce ręcznej na Mistrzostwach Europy? I co powiesz o występie Waszych hokeistów na lodzie podczas Mistrzostw Świata w Słowacji?
Za bardzo nie interesuje się piłką ręczną, ale słyszałem o tym awansie i jestem zadowolony z tego powodu. Będę kibicował moim rodakom. Jeśli chodzi o hokej – podczas majowych Mistrzostw Świata widziałem kilka meczów reprezentacji Łotwy. Wynik moim zdaniem na plus choć można było zagrać lepiej. Rok wcześniej był ćwierćfinał, a teraz nie udało się wyjść z grupy mimo zaciętej walki z faworytami do złota.
Fot. Pressfocus







