Liga Bałtycka – czy warto?

W przeszłości pojawił się pomysł połączenia lig Litwy, Łotwy i Estonii w jedne rozgrywki o nazwie „Liga Bałtycka”. Do powstania tego projektu jednak najprawdopodobniej nigdy nie dojdzie. Dlaczego?

Wszystkie kwestie zostaną przedstawione tutaj na zasadzie zalet i wad całego przedsięwzięcia. Załóżmy sobie, że włodarze trzech federacji państw bałtyckich zbierają się aby powołać do życia wspólną ligę. 4-5 najlepszych drużyn każdego kraju utworzy najwyższą klasę rozgrywkową, zaś reszta trafi na drugi szczebel. Przeanalizujmy efekt takiej sytuacji.

Plusy

Wyższy poziom sportowy

Bez wątpienia starcia najlepszych drużyn byłyby lepszym widowiskiem niż pojedynki typu Atlantas – Palanga czy Tulevik – Kuressaare. To dobra wiadomość także dla samych piłkarzy, którzy mieliby okazję grać na wyższym poziomie. Pod względem wartości piłkarskiej połączenie lig ma liczne pozytywy, zarówno dla kibiców jak i samych piłkarzy.

Większe zainteresowanie

Media z trzech krajów skupione na jednych rozgrywkach? To brzmi dobrze, zwłaszcza że futbol w państwach bałtyckich nie jest numerem 1 jeśli chodzi o popularność. Warto także dodać, że nie chodzi tylko o środki przekazu z Litwy, Łotwy i Estonii. Inauguracja takiego projektu z pewnością przykułaby także uwagę dziennikarzy z innych państw, bo czegoś takiego w Europie aktualnie nie ma. Są wprawdzie plany utworzenia wspólnego pucharu dla Kosowa i Albanii, ale to jednak wciąż tylko puchar a nie całe rozgrywki ligowe. Wiadomo także, że większe zainteresowanie mogłoby przynieść lepsze pieniądze za ewentualne prawa do transmisji i inne.

Stosunkowo nieduże odległości

Mimo zwiększenia się dystansów związanych z dojazdem na mecz, te nadal pozostaną mniejsze niż choćby w Polsce. Weźmy dla przykładu najbardziej skrajny przypadek, czyli podróż z miasta Olita (południe Litwy) do Narwy (północny wschód Estonii). Najkrótsza droga wg Google Maps wynosi 745 km. To wciąż mniej niż do przejechania mają piłkarze Jagiellonii Białystok na mecz z Pogonią Szczecin (bądź na odwrót), tu odległość wynosi 757 km. Warto jednak podkreślić, że Olita i Narwa to przykład najbardziej oddalonych miast, w każdym innym przypadku odcinki do pokonania będą mniejsze.

Większa motywacja do rozwoju

Nie wiadomo jak rozłożyły by się miejsca w europejskich pucharach dla takich rozgrywek, ale raczej nie byłoby ich więcej niż 4, może 5. W takiej sytuacji ciężko o lepsze pobudki do ściągania atrakcyjniejszych zawodników i podnoszenia poprzeczki rywalom. Ciekawostka – każde z państw bałtyckich mecze przeciwko sobie traktuje jako swego rodzaju derby. Prestiż bycia najlepszą klubową drużyną w regionie to dodatkowy smaczek. Wspólna liga to wyższy poziom nie tylko na dany moment, ale także mobilizacja i zachęta do podnoszenia go z każdym rokiem.

Podobny poziom piłkarski

Ważnym czynnikiem przy tworzeniu Ligi Bałtyckiej jest fakt, że wszystkie trzy państwa piłkarsko wypadają podobnie. Nie ma aż tak dużych dysproporcji jak w hokeju na lodzie i koszykówce, gdzie wyraźnie lepsze są odpowiednio Łotwa i Litwa. Równowaga w piłce nożnej teoretycznie pozwala uniknąć sytuacji, w której kluby jednego z państw zdominowały by ligę, bądź któreś z nich wyraźnie by odstawało.

Przykład innych dyscyplin

To bardzo duże pójście na skróty, ale w innych dyscyplinach funkcjonują połączone ligi i mają się względnie dobrze. Przykładem są rozgrywki w koszykówce, siatkówce, futbolu amerykańskim czy futsalu. Dodatkowo w niektórych z nich pojawiają się także zespoły z Rosji czy Białorusi, a część dotyczy np. tylko Łotwy i Estonii. Jak jednak wspomniałem ten argument jest dość dużym uproszczeniem pomijającym prawa jakimi rządzi się piłka nożna. W praktyce powodzenie projektu w innych dyscyplinach może niewiele znaczyć patrząc pod kątem futbolu.

Minusy

Mniej drużyn w europejskich pucharach

To bezapelacyjnie główna przeszkoda projektu, sprawiająca że zapewne nigdy on nie powstanie. Zerknijmy na poniższą tabelkę:

Powyższe zestawienie zakłada najbardziej pesymistyczny scenariusz: wszystkie 12 bałtyckich klubów, zarówno w eliminacjach do LM i do LE, wykłada się na pierwszej przeszkodzie. Przyjmujemy, że 3 kluby które z LM przechodzą do LE również od razu odpadają. W takim wypadku zespoły z jednego kraju wypracowały łączną kwotę 1,26 miliona euro. Idąc dalej – Litwa, Łotwa i Estonia razem zarobiły 3,78 miliona. Daje to średnią 315 tysięcy euro przypadającą na 1 bałtycki klub biorący udział w europejskich pucharach. Zapamiętajmy tę liczbę, i załóżmy identyczny scenariusz, ale już dla Ligi Bałtyckiej.

Nie trzeba być wybitnym umysłem ścisłym aby zauważyć, że wszystkie sumy zmniejszyły się 3 razy. Czyli upraszczając – to tak jakby na arenie międzynarodowej grał jeden kraj zamiast trzech. Przyjąłem wariant z czterema miejscami w pucharach dla Ligi Bałtyckiej, bo wątpię aby UEFA zamierzała nimi szastać ponad potrzebę. Wniosek? Liga Bałtycka nie opłaca się ani federacjom, ani klubom, ani kibicom.

Większe koszty podróży

Na początku przy okazji plusów projektu wspomniałem nieduże mimo wszystko odległości. Ma to jednak drugą stronę, a mowa tu o biedniejszych klubach. Jedną z największych odległości na ligowych meczach mają FK Liepāja i BFC Daugavpils, które na swoje spotkania muszą jeździć po ok. 430 kilometrów. Są to jednak kluby ze stabilną sytuacją. A co ma powiedzieć przykładowo Dainava Alytus, która próbuje zebrać 300 tysięcy euro potrzebne na grę w A Lydze, natomiast w połączonych rozgrywkach prawie 20% spotkań (przy założeniu tylko 2 rund) trzeba by było rozegrać w oddalonej o ponad 500 kilometrów Estonii? Dla mniejszych klubów ze skromnymi budżetami Liga Bałtycka byłaby gwoździem do finansowej trumny.

Utrudnienie dla kibiców gości

Frekwencje na bałtyckich sektorach dla przyjezdnych nie powalają. Nie mają jak, bo problem z zapełnieniem obiektów mają też gospodarze. Czy w obliczu tego faktu sensownym jest dokładanie dużych odległości praktycznie przez większą część sezonu? Wiadomo, w europejskich pucharach raz na rok fani są w stanie zmobilizować się i wybrać większą grupą. A po 2 razy w każdym miesiącu? Kto ma na to czas i pieniądze? To nie wypali, nawet jeśli spotkania będą atrakcyjniejsze. Nie w państwach, gdzie piłka nożna nie jest topem.

Nikt tego nie chce

Dotychczasowe prace i dyskusje, oraz ich efekt, pokazują, że mało komu jest to całe zamieszanie potrzebne. Wszystkie plany spaliły się na panewce, kibicom raczej się to nie podoba, federacjom i klubom nie opłaca. Do tego dochodzi masa formalności i spraw organizacyjnych. Przy obecnym bałaganie w strukturach litewskiej czy łotewskiej federacji – niewykonalne.

Co by było gdyby…

… klubom z jednego z państw powinęła się noga, i przez 2 sezony plasowały się poniżej 4 miejsca? Czy przykładowo taka Litwa przez powiedzmy dwa lata miałaby nie mieć przedstawiciela w Europie? Nietrudno wtedy o pieniężny pogrom dla zespołów odciętych od „źródełka” UEFA.

Brak finansowej płynności

Spora część bałtyckich klubów, poza kilkoma wyjątkami z górnych części tabeli, nie śpi na pieniądzach. Dopóki każdy z potencjalnych uczestników dwóch poziomów Ligi Bałtyckiej nie miałby ustabilizowanej sytuacji finansowej, tak długo dyskusje nad wdrożeniem tego projektu w życie nie mają sensu, a całe przedsięwzięcie jest niewykonalne. Nie chodzi o to aby kluby się wykończyły i poznikały z piłkarskiej mapy Europy.

***

Najprędzej klubową Ligę Bałtycką można próbować przywrócić jako puchar towarzyski. Kiedyś takowy odbywał się w latach 2007-2011 na podobieństwo skandynawskiej Royal League. Działy się tam jednak dziwne rzeczy, głównie chodzi tu o dwukrotne wyrzucenie (z edycji 2007 oraz 2009/2010) łotewskiego zespołu FC Dinaburg. Za każdym razem klub naruszał przepisy fair play i próbował ustawiać mecze. Nie dziwi więc fakt, że skończyło się tylko na 4 edycjach turnieju.

Share on facebook
Share on twitter

Logowanie