Maciej Turnowiecki był prezesem Lechii Gdańsk w czasach, gdy klub aktywnie współpracował ze Skonto Ryga. W poniższym wywiadzie poznamy od kulis początki i późniejsze etapy przyjaznej relacji, która była pierwszą i jak na razie ostatnią próbą wymiany piłkarskich kontaktów na linii Polska – Łotwa. Przenieśmy się zatem w czasie do 2009 roku, kiedy zaczęła się cała historia.
Rafał Kobza (Bałtycki futbol): Skąd przyszło zainteresowanie Lechii łotewskim kierunkiem? Kto był inicjatorem współpracy, jak do niej doszło?
Maciej Turnowiecki: Założyliśmy sobie, że kierunek generalnie będzie „bałtycki”. Z drugim członkiem zarządu, Błażejem Jenek, przekonaliśmy do tej koncepcji większościowego akcjonariusza Lechia SA Andrzeja Kuchara. Chodziło o to, żeby z jednej strony penetrować rynki piłkarskie Łotwy, Litwy i Estonii, z drugiej sprowadzać do Gdańska zawodników młodych, którzy zwiększą wartość piłkarską zespołu, zawodników z występami w młodzieżowych reprezentacjach swoich krajów lub po epizodach w pierwszych reprezentacjach seniorskich kadr narodowych. Miała to być alternatywa dla polskich graczy, chcących często zarabiać nieadekwatnie dużo do reprezentowanego przez siebie poziomu sportowego. Najpierw była Łotwa, później Litwa, na Estonię nie starczyło czasu, bowiem po Euro 2012 postanowiliśmy zakończyć przygodę z piłką klubową.
Oficjalną umowę podpisano w październiku 2009 roku, ale wiadomo że dobre relacje na linii Gdańsk – Ryga miały miejsce już wcześniej, czego dowodem były transfery Kožansa i Lukjanovsa. Czy można to uznać za taki „nieoficjalny” początek?
Transfery Wani i Sergio były już swego rodzaju ukoronowaniem rozmów, które odbyły się podczas Euro 2008 w Austrii. Wtedy poznaliśmy się z dyrektorem Skonto Antanasem Sakavickasem. Nad Dunajem nie rozmawialiśmy o konkretnych nazwiskach, tylko kierunkowo. Wiadomo było na pewno, że wielu zawodnikom z tamtego regionu zależało na wyjeździe do silniejszej ligi, a taką była wtedy nasza Ekstraklasa. Ponadto Ryga przypominała Gdańsk. Miasta zbudowane z czerwonej cegły i z towarzyszącym nadmorskim klimatem. To gwarantowało dobrą aklimatyzację młodych piłkarzy.
Ze Skonto do Lechii trafiła wspomniana już wyżej dwójka oraz Oļegs Laizāns. Na testach byli także Raivis Hščanovičs i Igors Kozlovs. Czy to wszyscy zawodnicy z łotewskiego klubu, którzy pojawili się w Gdańsku?
Na rekonesans i wstępne rozmowy, ale bez testów, przyjechał do Gdańska razem z Antanasem, Arturs Karašausks. Wówczas 18-latek uznawany za największy piłkarski talent Łotwy, porównywany do takich zawodników jak Pahars czy Verpakovskis. Nie byliśmy w stanie wtedy przebić oferty, jaką złożyło chłopakowi ukraińskie Dnipro Dniepropietrovsk. Z perspektywy czasu jego talent nie rozwinął się w taki sposób, jak zakładano, więc żałować nie ma czego.
Czy to trener Kafarski podejmował ostateczną decyzję w sprawie testowanych graczy Skonto?
Każdą decyzję sportową związaną z pierwszą drużyną Lechii, jak i jej bezpośrednim zapleczem akceptował Tomek Kafarski. Jest niepisana zasada jednak, że zarząd w każdym okienku ma prawo do jednego „swojego” transferu. (śmiech)
Czy ktoryś z piłkarzy Lechii był w Skonto przynajmniej na testy?
Nie zakładałem takiej sytuacji. Kierunek od początku miał być był odwrotny. Do Rygi mieliśmy jeździć, żeby potencjalnie skorzystać z ich świetnej bazy treningowej oraz po ewentualne nauki np. na staż do takich szkoleniowców jak Aleksander Starkovs, który nie tylko święcił triumfy na Łotwie, ale również zdobywał medale mistrzostw Rosji z moskiewskim Spartakiem. Spora grupa z Gdańska korzystała z takich spotkań m.in. trenerzy Dariusz Gładyś i Tomek Borkowski. Trener Tomasz Kafarski, dyrektor Błażej Jenek i ja też tam bywaliśmy. Z każdej wizyty, rozmowy, spotkania zawsze można „wyciągnąć” przysłowiowe 5 procent dla siebie.
Ze wszystkich tych graczy to Ivans Lukjanovs dał najwięcej Lechii – 88 spotkań we wszystkich rozgrywkach, do tego 7 goli i 13 asyst. Jak Pan ocenia tego piłkarza?
Moim zdaniem brakowało mu trochę przygotowania siłowego, mógł nieco przytyć, dzięki temu byłby na boisku nie do „przepchnięcia”. Od strony czysto piłkarskiej Ivans miał wiele cech, jakie powinny charakteryzować rasowego napastnika. Był bardzo szybki. Prawą nogę ma lepszą od lewej, ale potrafił skutecznie grać obiema. Nieźle wyszkolony technicznie. Trener Kafarski znalazł dla niego dobrą pozycję na boisku, takiego schodzącego do środka skrzydłowego. Strzelił kilka ważnych bramek np. zwycięski gol z Legią Warszawa w Gdańsku, czy z Arką w Gdyni. Dał też kilka ważnych asyst. Oceniam go pozytywnie. Znajdą się pewnie tacy, którzy powiedzą że nie był tak skuteczny jak zakładano. Gdyby był kompletnym zawodnikiem grałby w Rosji, na Ukrainie lub w Niemczech, nie u nas.
Widział Pan na własne oczy bazę treningową Skonto, a w mediach pojawiały się informacje, że działacze Lechii, którzy udawali się do Rygi w ramach współpracy, byli pod wrażeniem zastanych warunków.
Skonto wykorzystało sytuację, że w latach 90-ych dysponowało intratnym gruntem w centrum Rygi. Działkę przejęło miasto, w zamian budując klubowi ośrodek treningowy z prawdziwego zdarzenia. Kilka boisk, hotel, basen, odnowa. Wszystko co jest potrzebne do przeprowadzania przygotowań i profesjonalnego treningu. Nie udało nam się zrobić tam obozu dla pierwszej drużyny, bo kiedy my mieliśmy przerwę latem, to Skonto grając w systemie wiosna – jesień akurat rywalizowało w lidze. Z kolei zimą lepsza była Turcja niż skuta lodem Łotwa.
Słyszał Pan, że Skonto od 3 lat nie istnieje? Zadłużona spółka jest wystawiona na sprzedaż, ale brakuje chętnych aby ją odkupić.
No cóż, nie wszystko zawsze w biznesie około sportowym układa się tak jakbyśmy chcieli. Wycofanie sponsora oznacza czasami upadek klubu. Szkoda, bo był to swego rodzaju hegemon ligi łotewskiej, zdobywał mistrzostwo przez 14 sezonów od założenia ligi w 1991 roku. Dostarczał wielu kluczowych graczy dla reprezentacji Łotwy, ale również dla Lechii Gdańsk.
Ile czasu trwała współpraca z Łotyszami?
Trzy / cztery lata na pewno. Do wiosny 2012 roku ze strony Lechii na pewno nikt jej nie rozwiązywał. Z kolei Antanas Sakavickas, który był motorem napędowym wspólnych działań w Rydze, ze Skonto odszedł wiosną 2013 roku, angażując się w projekt hokejowy. W 2010 roku nawiązałem również współpracę z Raimondasem Žutautasem, byłym reprezentantem Litwy. Jej efektem było przyjście do Gdańska z FBK Kaunas lewego obrońcy Vytautasa Andriuškevičiusa. Vitas z Lechii odszedł do szwedzkiego Djurgarden, miał następnie epizod za oceanem w DC United, gdzie jednym z jego klubowych kolegów był słynny Wayne Rooney. Później Žutautas poznał mnie z władzami Żalgirisu Wilno. Zagraliśmy z nimi dwa pokazowe mecze, jeden w Wilnie, drugi w Gdańsku. Na zacieśnienie działań nie starczyło czasu. Najpierw przejmowaliśmy nowy stadion, później właściwie do ostatniej kolejki walczyliśmy o utrzymanie, wreszcie organizowaliśmy Euro 2012 w Gdańsku.
Ma pan jeszcze kontakt z działaczami/piłkarzami Skonto którzy trafili do Lechii z tamtych czasów, może z dyrektorem Antanasem Sakavickasem?
Z Antanasem jak najbardziej. Poznały się również nasze żony i dzieci. Odwiedzaliśmy się rodzinnie, my w Rydze lub na jego ojczystej Litwie, Antanas chętnie pojawiał się w Gdańsku.
Ivans Lukjanovs przez Ukrainę i Rosję wrócił do Rigi FC, gdzie po kontuzji walczy o powrót do składu. Oļegs Laizāns także gra w tym samym zespole, w którym występuje dość regularnie. Sergejs Kožans z kolei musiał zakończyć karierę przez problemy ze zdrowiem. Jak pan ocenia przebieg ich karier?
Skuteczność gry jest zazwyczaj głównym wyznacznikiem czy kariera rozwinęła się po myśli piłkarza, czy też nie. Na taką ocenę wpływ ma wiele aspektów i taka ocena jest wypadkową wielu czynników np. zdrowia. Nie podejmę się, nie znam uwarunkowań. Zawsze jednak może być lepiej, może też być gorzej.
Co finalnie zdecydowało o tym, że Lukjanovs i Laizāns odeszli? Nie sprawdzili się? W przypadku Kožans wiem, że Lechia chciała przedłużyć kontrakt, ale piłkarz odłożył w czasie decyzję, a potem nie było już tematu.
Oleg nie spełnił oczekiwań sztabu. Poza jednym strzelonym golem, w Gdańsku raczej nie błyszczał, a był w kręgu zainteresowań kadry. Jeśli chodzi o Ivansa i Sergio, to tego co wiem, rozmowy toczyły się na przełomie maja i czerwca 2012 roku. Prowadził je już inny szkoleniowiec wraz z innymi przedstawicielami klubu. Ja pracę zakończyłem równo z końcem sezonu, 3 maja, po ostatnim meczu z Legią Warszawa (1:0). Trudno mi powiedzieć. Nie znam okoliczności. Sergio wcześniej dostał ofertę, nad którą za długo myślał.
W jednym z wywiadów Kožans przyznał, że odrzucenie oferty Lechii ws. przedłużenia kontraktu było jego ogromnym błędem. Podziela Pan tą opinię?
Jedni wolą stabilizację i od razu przystają na kierowane do nich propozycje, inni ryzykują. Sergio właśnie podjął ryzyko. Z jego punktu widzenia pewnie błąd, bo w Gdańsku był lubiany, miał swoja pozycję w klubie, hierarchie w zespole, nie był anonimowy. Zawsze darzyłem go dużą sympatią. Kiedy nie udało mu się na „szeroko pojętym wschodzie” z moimi współpracownikami kontaktowaliśmy go z przedstawicielami Górnika Łęczna, czy później GKS Tychy.
Jak z perspektywy czasu ocenia Pan decyzję o podjęciu współpracy ze Skonto? Co udało się jeszcze zrealizować nie licząc transferów Lukjanovsa, Kožans i Laizānsa?
Z perspektywy czasu bardzo dobrze. Np. dzięki poza sportowej współpracy uzyskaliśmy możliwości zaprezentowania Lechii na innym terenie niż Polska. Tym bardziej było to ważne, bowiem w okresie 2002-2008 tułaliśmy się po niższych frontach ligowych. Przedstawialiśmy naszą historię, pokazywaliśmy materiały o Lechii w kontekście udziału jej sympatyków w walce o demokratyczną Polskę, uczestniczyliśmy w konferencjach prasowych, pisały o nas gazety, oglądaliśmy siebie w zagranicznych stacjach, odwiedzaliśmy przedstawicieli tamtejszych władz, gościliśmy w polskich placówkach dyplomatycznych. Lechia jako marka była obecna nie tylko na rynku krajowym. Zdarzało się, że specjalnie na mecz derbowy Lechii z Arką jechał z Rygi bus z chętnymi do obejrzenia tego widowiska. W naszym odczuciu łatwiej było przebić się na Litwie i Łotwie niż w Niemczech, czy Holandii. Dla nas to był naturalny kierunek. Okazuje się że dziś tym bardziej powinniśmy szukać tam wskazówek skoro klubowy mistrz Łotwy eliminuje w pucharach mistrza Polski.
fot. osobiste archiwum







