Remisem 1-1 zakończyła się pierwsza odsłona pojedynku KF Ballkani Suva Reka – Żalgiris Wilno. Z takiego wyniku mogą być zadowoleni jedynie goście, których od kilkubramkowej porażki uchroniły łut szczęścia, warunki pogodowe, nieskuteczność rywali i bramkarz Edvinas Gertmonas.
Inicjatywa od początku spotkania leżała po stronie zawodników Ballkani. I o ile przez pierwsze kilka minut Żalgiris kontrolował sytuację i rozbijał ataki przeciwników przed swoim polem karnym, o tyle z czasem pozwalał gospodarzom na coraz więcej. Stracona w 15. minucie bramka była najlepszym dowodem na to, że na boisku istniała w zasadzie jedna drużyna. Nazmi Gripshi wyprowadził swój zespół na prowadzenie po kozłującym uderzeniu z dystansu.
Z tego miejsca można obalić też mit o lepszym przygotowaniu fizycznym drużyn grających systemem wiosna-jesień. Żalgiris zdecydowanie nie wyglądał jak zespół będący w środku sezonu ligowego. W akcjach Litwinów dynamika była minimalna, bądź też żadna. Przy przyjęciu piłka często odskakiwała, brakowało pomysłu na rozegranie akcji, jakiejkolwiek przebojowości. Wszystkie te atuty można było zobaczyć za to w atakach Ballkani. Żalgiris po odzyskaniu futbolówki najczęściej nie wiedział co z nią zrobić, i zamiast posyłać do przodu, grał do tyłu. Gospodarze nakładali wówczas wysoki pressing i Żalgiris z gry nie miał praktycznie nic. Operowanie piłką tego wieczora wychodziło zdecydowanie lepiej piłkarzom z Kosowa.
Mimo wszystko w 25. minucie zawodnicy z Wilna zdołali wyrównać, a miało to miejsce po pierwszym w tym meczu strzale w wykonaniu podopiecznych Władimira Czeburina. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Nicolasa Gorobsova do piłki najwyżej wyskoczył Oliver Buff.
25′ | First shot and it’s a goal for Žalgiris.
🟠 Ballkani – 1
🟢 Žalgiris – [1]
⚽ Buff#UCL pic.twitter.com/0NOCy7Gcwn— Dardanian Footy 🇽🇰 (@DardanianFooty) July 5, 2022
Chwilę po tym trafieniu w Prisztinie rozpadało się na dobre, co miało wpływ na przyczepność zwłaszcza w drugiej połowie. Do przerwy na pewno z niedosytem zeszli piłkarze Ballkani, którzy mogli prowadzić nawet 4-1, ale z różnych przyczyn tak się nie stało. Z drugiej strony w samej końcówce pierwszej połowy dobrą sytuację miał Żalgiris, i to on mógł zejść do szatni prowadząc. Kibice zaś zaczęli naprędce szukać ochrony przed niekorzystnymi warunkami pogodowymi opuszczając trybuny. Aura nie przeszkadzała zaś przyjezdnym fanom z Litwy. Po pierwsze, i tak nie mieli gdzie się schować, a po drugie część z nich zdecydowała się później nawet dopingować bez koszulek.
Po przerwie obraz gry nie uległ zmianie. Ballkani napierało, Żalgiris się bronił, a raz na jakiś czas od niechcenia przeprowadził jakiś atak, ale też bez większej finezji i przemyślenia. Im bliżej końca tym bardziej psocił deszcz i nasiąknięta nim murawa, piłkarze z Kosowa po bardzo intensywnym tempie gry, które narzucili zaczęli wysiadać kondycyjnie. Przez przerwy w grze spowodowane skurczami i innymi tego typu mikrourazami sędzia doliczył aż 5 minut. Żalgiris próbował jeszcze szukać swojej szansy, ale odbywało się to w tak kiepskim stylu, że nie warto o tym szerzej pisać.
Rewanż w Wilnie zapowiada się bardzo ciekawie, na pewno obydwu zespołom zależy na awansie do dalszej fazy, gdyż oznacza to autostradę do fazy grupowej Ligi Konferencji. Problem w tym, że Żalgiris w pierwszym meczu dał się całkowicie zdominować, prezentował się ociężale i bardzo nieświeżo, i jedynym pozytywem po dzisiejszej potyczce jest to, że z wyjazdu przywozi remis. Przed swoją publicznością Litwini zapewne zagrają lepiej, ale Ballkani otrzymało tym samym potężny zastrzyk pewności siebie.
fot. Żalgiris Wilno







