Po zakończeniu przygody Rigi FC w europejskich pucharach planowałem porozmawiać trochę z Kamilem Bilińskim. W końcu historyczny sezon dla klubu, debiut w eliminacjach do Ligi Mistrzów, potem udane występy po znalezieniu się w tzw. „lidze pocieszenia” czyli Lidze Europy. Po pierwszym spotkaniu z HJK Helsinki rola Polaka jednak dramatycznie zmalała na znaczeniu. Nie rozumie tego on sam, nie rozumieją Łotysze. Ciężko byłoby zatem rozmawiać o tym z zawodnikiem, który chciał mieć większy udział w tych historycznych chwilach, a nie mógł. Dlaczego? Krąży wiele informacji, czy pogłosek. Sprawdźmy!
Nie ma konfliktu z trenerem
W różnych miejscach w internecie, w tym u siebie na fanpage’u spotykałem się z doniesieniami, że Kamil jest skonfliktowany z trenerem. To jednak zbyt duże słowo w kontekście tej sytuacji. Owszem, Polak nie ukrywał swojego żalu wobec Mihailsa Koņevsa, który dawał mu szanse jedynie w końcówkach, a ostatnio nie uwzględniał go nawet w kadrze meczowej na dwumecz z Kopenhagą. Dość wymowna była zatem jego cieszynka po pierwszym meczu z HJK Helsinki. Myślę, że domyślicie się do kogo adresowana.

To wciąż jednak nie potwierdza teorii o konflikcie. Sam Kamil w wywiadach nigdy o czymś takim nie mówił, nie potwierdzają tego też na Łotwie. Zapytałem o to Edmundsa Novickisa, dziennikarza Sportacentrs, największego łotewskiego serwisu sportowego, który nie był do końca przekonany co do takiego rozumowania:
Nie wiem, ale myślę, że to tylko rywalizacja o miejsce w składzie. Dużo naprawdę dobrych zawodników nie znalazło się wczoraj w meczowej 18-nastce.
I tak poza kadrą meczową, poza naszym rodakiem, znaleźli się m.in. Joël Bopesu, Tomisalv Saric, Ivans Lukjanovs czy Vladislavs Gabovs.
Liczne, lecz czasami niezrozumiałe rotacje
Jedynym na ten moment wyjaśnieniem takiej a nie innej sytuacji Bilińskiego jest duża rotacja składem przez trenera. W kadrze znajduje się wielu zawodników reprezentujących podobny, dobry poziom. Praktycznie nikt nie może być pewien na dłuższą metę swojego miejsca w składzie, no może poza bramkarzem Ozolsem. O ile takie coś może być racjonalnym wyjaśnieniem licznych zmian, o tyle ciężko pojąć kryteria Koņevsa. W starciach z Piastem i HJK Kamil Biliński był najskuteczniejszym strzelcem swojego zespołu, podczas gdy Roman Debelko miał wówczas bardzo duże problemy ze zdobywaniem bramek. Oczywiście jestem w stanie zrozumieć, że trener ma jakiegoś swojego faworyta, na którego lubi i chce stawiać. Żyję w końcu w kraju, do reprezentacji którego powołania stale dostaje Arkadiusz Reca. Zresztą Roman Debelko ostatnio zaczął strzelać gole. Hat-trick w lidze, 2 gole w rewanżu z HJK Helsinki, jego obecność w wyjściowej jedenastce jest w pełni uzasadniona. Dziwi jednak decyzja polegająca na całkowitym odsunięciu w cień Kamila Bilińskiego, który dał się przecież poznać jako świetny zmiennik zdobywający ważne bramki. Polaka zabrakło zarówno w dwumeczu z Duńczykami, jak i w ostatnim ligowym spotkaniu ze Spartaksem Jurmała. W każdym z tych trzech przypadków mówimy o całkowitym braku obecności nawet w kadrze meczowej. A kto wie czy „Bila” nie zdołałby zdobyć z Kopenhagą decydującej bramki dającej awans do fazy grupowej Ligi Europy?
Znaki zapytania
Całą sytuacją jesteśmy zdezorientowani nie tylko my, ale także fani futbolu na Łotwie. Również i niektórzy z nich tuż po ogłoszeniu składu zastanawiali się czemu brakuje Kamila na rewanż z Kopenhagą. Jak jednak wspomniałem nie rozpatrują tego w kategoriach konfliktu z trenerem. Czemu Koņevs zrezygnował z Polaka nie wie jednak nikt.
Co dalej?
Kamil tą sytuacją sfrustrowany był już po dwumeczu z Dundalk jeszcze w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Jego kontrakt z Rigą kończy się po bieżącym sezonie na Łotwie. Z niemalże 100%-ową pewnością mogę powiedzieć, że po wygaśnięciu umowy odejdzie ze stolicy Łotwy i na zimę znajdzie nowy klub. Sam Kamil wspominał, że w Ridze nie jest po to aby odcinać kupony. Chciał pokazać się z dobrej strony i wypromować się. Sporym utrudnieniem dla tego celu jest zatem to, że Koņevs niechętnie stawiał na Polaka w europejskich pucharach. Myślę, że „Biła” nie wróci jeszcze do Polski. Do dziś jest uwielbiany i ciepło wspominany przez kibiców Dinama Bukareszt. W grę może wchodzić zresztą inny niespodziewany dla nikogo kierunek, bo Biliński udowadniał już nie raz, że uwielbia nowe wyzwania. Może zatem ziści się pojawiająca się na razie tylko w żartach Estonia?







