Jakub Wilk: „Każdy chciał pokonać Žalgiris”

Wywiad powstał z inicjatywy kibiców Żalgirisu Wilno z grupy PietųIV Ultras, którzy poprosili mnie o pomoc w dojściu do Jakuba Wilka. Uruchomili bowiem cykl wywiadów z byłymi piłkarzami zielono-białych, którzy dzielą się wspomnieniami z czasów gry w Wilnie.

Niestety wojna na Ukrainie i fakt, że inicjator całego przedsięwzięcia aktywnie udziela się w kwestii pomocy na froncie, sprawiły, że na razie wywiad w wersji litewskiej nie ukaże się. Dostałem jednak zgodę na opublikowanie go na łamach „Bałtyckiego futbolu”. Za pomoc w skontaktowaniu mnie z Jakubem dziękuję Karolowi Jaroniemu, kierownikowi drużyny Wiary Lecha Poznań, gdzie aktualnie gra Wilk.

Rafał Kobza (Bałtycki futbol): Jaka była Twoja pierwsza reakcja na wieść, że masz ofertę z Litwy?

Jakub Wilk (KKS Wiara Lecha Poznań): Na początku miałem oferty z różnych klubów Ekstraklasy, ale nadal czekałem na taką dogodniejszą. Jak wiadomo potem nie mogłem mieć już klubu, czas leciał, drużyny z którymi wcześniej rozmawiałem się wycofały i w zasadzie zostałem na lodzie. Dostałem propozycję z Litwy żeby te pół roku być w rytmie meczowym i po prostu pograć, a nie żeby pół roku nie grać i nie trenować z żadną drużyną. Jeśli chodzi o samą ofertę to nie wiedziałem na co liczyć bo to taki trochę „inny” kierunek, ale stwierdziłem że aby mieć rytm meczowy to i tak muszę grać. Wiedziałem, że w Wilnie jest trener Zub i Kamil Biliński, więc skoro było tam już dwóch Polaków, to pomyślałem że nie jest źle. No i tak też się okazało. Kiedy tam przyjechałem pierwszego dnia – było okej. Treningi i warunki do trenowania, organizacja całego klubu, wszystko na plus.

Czyli rozumiem, że przed transferem rozmawiałeś z Kamilem, z Markiem Zubem?

Z Kamilem nie, ale z trenerem rozmawiałem. On na początku nic nie wiedział w ogóle, w sensie takim, że słyszał, że jest taki temat, ale myślał, że nie zgodzę się na przyjazd na Litwę. No ale tak jak mówiłem, taka sytuacja wyszła, że musiałem coś wybrać bo nie chciałem po prostu pół roku siedzieć w domu czy sam trenować bez żadnego klubu, bo wiadomo, że byłoby ciężko. Dlatego przemyślałem, i postanowiłem że jadę. Z trenerem rozmawiałem, mówił że wszystko jest okej, cieszył się że przyjadę, bo dyrektor mówił mu już, że na pewno będę. Przedstawił mi też całą sytuację w klubie, i dokładnie tak było, na miejscu nie wyszło nagle nic złego, żadnych problemów, niczego nie brakowało.

fot. Ryszard Rotkiewicz (PL Delfi)

Domyślam się, że zatem od początku zakładałeś, że pobyt w Wilnie będzie krótki? Z tego co kojarzę miałeś nawet w kontrakcie specjalny zapis, który umożliwiał Ci zmianę pracodawcy.

Już aż tak nie pamietam, ale w kontrakcie na pewno miałem to, że jeżeli zgłosi się po mnie jakiś klub to Żalgiris nie będzie robił mi problemów. Ja już o tym powiedziałem na początku. Każdy wiedział jaka jest sytuacja, że pomogę klubowi i drużynie, ale mieli świadomość że chcę iść dalej i poszukać sobie innego klubu. I gdy przyszła okazja to od razu zasiedliśmy do romzów i było dokładnie tak jak na kontrakcie.

Pograłeś połowę sezonu, który finalnie zakończył się zwycięstwem Żalgirisu, już gdy Ciebie nie było w klubie. Tam była walka do końca z Atlantasem Kłajpeda bo obydwa zespoły finalnie dzieliły tylko 2 punkty. Czy będąc w Rumunii śledziłeś sytuację Żalgirisu, trzymałeś kciuki za kolegów, w tym za Kamila?

Tak. Z Kamilem może teraz nie mamy już takiego kontaktu, ale gdy odchodziłem, i potem wracałem, to cały czas mieliśmy, nasze żony i rodziny wzajemnie się poznały. Będąc już tak „na świeżo” w Rumunii to śledziłem cały czas sytuację Lecha Poznań i Żalgirisu. W Lechu się wychowałem, miałem takie większe osiągnięcia jeśli chodzi o Polskę, zrobiliśmy historyczne sukcesy w Poznaniu. W Żalgirise też było fajnie, bardzo dobrze wspominam ten klub, miasto, i wszystkich ludzi pracujących w klubie. Dlatego też z sentymentu sprawdzałem sobie informacje i obserwowałem. Wiedziałem, że w Żalgirisie po prostu jest jeden cel – wygrać mistrzostwo kraju.

Wspomniałeś o Lechu Poznań. Żalgiris eliminował go w europejskich pucharach, kiedy Ciebie już na Litwie nie było. Sądzę, że cieszysz się, że odszedłeś już wtedy z klubu i nie musiałeś przykładać ręki do wyeliminowania Lecha? (śmiech)

Cieszyć się – nie cieszyć. Ogólnie zastanawiałem się czy jeszcze nie poczekać z tym transferem do np. Rumunii, ale przychodziłem do Żalgirisu z pewnymi założeniami, była to też dobra oferta finansowa dla klubu (40 tysięcy euro, przyp. aut.), każdy był zadowolony. No i odszedłem do tej Rumunii, podpisałem kontrakt, a później gdy z losowania wyszło, że Żalgiris trafił na Lecha to, kurde, trochę mi było żal. Na pewno chciałem po prostu wrócić na Bułgarską, zagrać, zaprezentować się tutaj w barwach innego klubu. Akurat wszyscy wiemy jak się skończyło, że Żalgiris wyeliminował Lecha. Chodziło więc po prostu o powrót, pokazanie się. Wiadomo, jakbyśmy wygrali to by było super, ale przede wszystkim rozbijało się o sentyment, żeby wrócić na Bułgarską i zagrać jeszcze. Żalgiris wygrał, a każdy myślał, że to będzie chłopiec do bicia. Cały czas śledziłem, oglądałem, i jak się okazało że Lech wylosował Żalgiris to od razu z panią prezes i dyrektorem zaczęliśmy rozmawiać, że trafili właśnie na mój były klub. Ogólnie każdy się cieszył, bo dla drużyny z Litwy mecz z jakąś ekstraklasową drużyną jak np. właśnie Lech jest dużym wydarzeniem. Tak to właśnie wyglądało.

fot. Lech Poznań

Czy patrząc na te pierwsze pół roku, które spędziłeś na Litwie, uważasz, że gra w Żalgirisie pozwoliła Ci się w pewnym sensie wypromować? Oczywiście pobyt w Vaslui upłynął pod znakiem problemów z kierownictwem i klubem, ale ogólnie to była wyższa półka.

Tak, ogólnie Rumuni nie płacili. Na pewno grałem wszystkie minuty w Żalgirisie, strzeliłem kilka bramek, zaliczyłem asysty. Pokazałem się, ale chodziło bardziej aby podtrzymać jakąś formę i wszystko było bardzo szybko. Dostałem propozycję z Vaslui, tam wtedy w tym czasie grał Piotr Celeban, porozmawialiśmy trochę, i zdecydowałem że idę do tej Rumunii. Ale chodziło też o to, że pieniądze z tego transferu dostał Żalgiris. Chciałem też aby klub miał z tego jakiś zastrzyk gotówki. Fajnie, że w ten sposób mogłem się jakoś odwdzięczyć za to, że mi pomogli. Co do Vaslui to byłem tam tylko pół roku bo później nie płacili, w styczniu miałem jeszcze rozmowy z nimi, bo chcieli bardzo abym wrócił, ale się nie zgodziłem. Nie chciało mi się po prostu brnąć w ten temat, bo sytuacja była 50/50: albo wrócę, znowu by nie płacili i bym musiał siedzieć do czerwca, albo i nie. Po prostu odpuściłem.

Po tym jak wypowiedziałeś kontrakt z Vaslui szukałeś klubów w Polsce, ale ostatecznie wróciłeś do Wilna. To była zasługa trenera Zuba, czy jednak coś innego wpłynęło na taką decyzję?

Pamiętam, że wtedy to był styczeń/luty wtedy, drużyny się przygotowywały, miałem sygnały z Ekstraklasy, ale czekałem też na troszeczkę inne propozycje. Zadzwonił do mnie dyrektor Żalgirisu, zapytał się jaka jest moja sytuacja, jak to wszystko wygląda. Odpowiedziałem, że szukam klubu. Poznaliśmy się przez te prawie pół roku, byli mega ze mnie zadowoleni, dogadywaliśmy się i nie było żadnych problemów, więc zapytał się wprost czy chcę wrócić. Zapytałem się czy nie robi sobie ze mnie „jaj”, czy to poważna propozycja, ale powiedział, że naprawdę chce abym wrócił, trener by chciał, zawodnicy też. Temat był już omówiony z całym sztabem i wszystkimi w klubie, wszyscy chętnie by mnie widzieli, i zaczęliśmy rozmawiać. Chwilę też konsultowałem się z żoną, i powiedziałem że okej. Nam życie tam naprawdę pasowało – mi, mojej żonie, mojemu synowi. Z tamtego półrocza byłem zadowolony, po kilku godzinach oddzwoniłem do dyrektora, powiedziałem że chcę, i możemy dogadać się w sprawie kontraktu. Po kolejnych kilku godzinach miałem już zabukowane bilety i leciałem już na Cypr na obóz z Żalgirisem. To była bardzo szybka akcja, wtedy podpisałem umowę chyba na półtora roku, albo na 2 lata.

Polskie media pisały wówczas, że masz na Litwie status gwiazdy, że w Żalgirisie otrzymasz tym samym „gwiazdorski kontrakt” na podobną kwotę co miałeś w Rumunii. Jak to było w Żalgirisie z płacami w tamtym czasie? Można było liczyć na takie pieniądze jak w polskiej Ekstraklasie, czy jednak mniej?

Ja miałem ten drugi kontrakt na dłuższy czas, to był bardzo dobry kontrakt i nie było problemów z wypłacaniem pieniędzy. Tam w Wilnie była pani prezes Vilma, nazwiska nie pamiętam…

Vilma Venslovaitienė.

No właśnie, a dyrektor wiem, że miał Mindaugas Nikoličius. Ogólnie sposób prowadzenia i zarządzania klubem był na najwyższym poziomie. Dbali o każdego zawodnika, wiedzieli że jeśli będą dobrze traktować piłkarzy… Wiadomo, tu nie chodzi o jakieś głaskanie, ale był pełen profesjonalizm. Na przykład powiem tak – zajmowali się znalezieniem mieszkania, zakwaterowania, hotelu, obiadów, zawiezieniem na treningi… Na początku jesli chodzi o te adaptacyjne rzeczy to było to na najwyższym poziomie. No i organizacyjne sprawy takie jak obozy i tym podobne. Finansowo wszystko było na czas, plus premie. Moim zdaniem klub jest bardzo dobrze zarządzany. Robili bardzo dobrą robotę jeśli chodzi o Żalgiris, bo wcześniej pracowali jeśli dobrze mówię w Szkocji, chyba w Heart of Midlothian. Tam złapali doświadczenie i przenosili je właśnie do Żalgirisu, aby rozwijać ten klub, aby był na Litwie najlepszy pod każdym względem: marketingowym, piłkarskim, we wszystkim w ogóle.

No i właśnie na Litwie zdobyłeś każde możliwe trofeum: i mistrzostwa, i puchar kraju, i superpuchar. Myślę, że dobrze wspominasz grę w Wilnie jako okres swojej kariery piłkarskiej?

Dobrze, wiadomo. Mieliśmy bardzo dobrą drużynę. Graliśmy, można powiedzieć, dwoma składami. Te pierwsze pół roku które byłem to można powiedzieć, że to taka polska 1. liga, na dzisiejsze czasy to był taki poziom. No może lekko ekstraklasowy, ale bardziej bym był ku tej 1. lidze. Mieliśmy taką ekipę, że wygrywaliśmy wszystko. Jeśli pojawiał się jakiś remis to była to wpadka. Cele, które sobie założyli w klubie, czyli mistrzostwo i puchary, to my to wszystko robiliśmy. Prawda była taka, że nikt z zarządu nie miał pretensji bo notowaliśmy same wygrane. Mieliśmy taką drużynę i to było tak robione żeby wygrywać wszystko co możliwe.

Grając w Lechu Poznań miałeś styczność z bardzo liczną publicznością. Natomiast na Litwie pod tym względem realia były i nadal są inne, ale fani Żalgirisu to czołówka litewskiej sceny kibicowskiej: dopingują, robią oprawy, odpalają pirotechnikę. Jak wspominasz atmosferę z meczów Żalgirisu i kibiców z grupy Pietu IV? Mieliście mecze przyjaźni z Atlantasem Kłajpeda, także swego rodzaju derby z Ekranasem Poniewież, chyba mimo wszystko emocji nie brakowało?

Kiedy grałem w Żalgirisie nasi kibice jeździli na każdy mecz. Na wyjazdach zawsze była jakaś grupa. Na meczach, tak jak powiedziałeś, nigdy nie było pełnego stadionu czy nawet paru tysięcy kibiców tak jak w Polsce. Na Litwie nie ma też takich stadionów jak u nas, przez to co wydarzyło się w czasach Euro, że budowano areny i wygląda to na bardzo profesjonalny futbol. Żalgiris ma mocną grupę kibicowską, zawsze na meczu mają swoją sektorówkę, zawsze są. No i jak wiadomo na stadion przychodzą też ludzie z miasta, „normalni” kibice. Tu chodzi mi o ligę. Jak graliśmy eliminacje do Ligi Mistrzów, albo finał pucharu Litwy to stadion był już prawie cały zapełniony. Zauważyłem, że na Litwie jeżeli mecze były bardziej prestiżowe, czyli na przykład eliminacje do Ligi Europy, Ligi Mistrzów to stadion był pełen. No i dodatkowo jakieś finały Pucharu Litwy. Na lidze było już troszeczkę mniej. Ale cała ekipa Pietų IV zawsze była liczną grupą, zawsze jeździli nieważne gdzie graliśmy, więc mega szacunek dla nich. Mówię – byli na każdym możliwym meczu, nawet wyjazdowym gdzieś za granicą.

fot. Pietų-IV Ultras

O naszym wywiadzie rozmawiałem z kolegą, który poprosił abym przekazał Ci pozdrowienia od jego brata, Jonatana, który bardzo Ci kibicował za czasów gry w Poznaniu. Naszła mnie przy okazji taka myśl – czy na Litwie miałeś okazję odczuć jakąś popularność? Ludzie poznawali Cię na ulicy?

Nieliczni. To nie było tak jak w Poznaniu kiedy grałem w Lechu, mieliśmy sukcesy, a w Poznaniu ludzie żyją piłką. A na Litwie były nieliczne przypadki. Zdarzało się wiadomo, że ktoś mnie rozpoznawał, ale większość w Wilnie z tego co zauważyłem na pierwszym miejscu stawia koszykówkę a nie piłkę nożną. Dlatego bardziej rozpoznawalni koszykarze, wiadomo też, że są wyżsi. Futbol na drugim miejscu, ale ludzie nas też kojarzyli. Klub się rozkręcał, cały czas szedł do przodu. Teraz jak sprawdzam to dziś jest sporo obcokrajowców, marketingowo jeszcze lepiej niż jak ja byłem, więc kibice na mieście poznają zawodników Żalgirisu czy innej drużyny. Wydaje mi się, że obecnie tak może być. Mnie ludzie poznawali i to było miłe. Dawno mnie w Wilnie nie było, ale sprawdzam w mediach społecznościowych jak tam wszystko wygląda, rozmawiałem też z Vilmą.

Odpowiedziałeś trochę na moje następne pytanie, bo chciałem się dowiedzieć czy śledzisz obecną sytuację Żalgirisu. To zapytam może czy utrzymujesz z kimś kontakt z Wilna?

Miałem kontakt z chłopakami. No z Kamilem Bilińskim to wiadomo. Miałem też z takim jednym Chorwatem, Andro Švrljungą, graliśmy razem na stronie. Mam z Kristisem Andreou, on z kolei jest Cypryjczykiem. Ostatnio gadałem też z jednym Brazylijczykiem, więc jakiś kontakt jest, na przykład przez WhatsApp. A no i z dyrektorem „Niko” też, ale z piłkarzami innymi już nie za bardzo.

Czy polscy dziennikarze podczas Twojego pobytu w Wilnie często się z Tobą kontaktowali? Było jakieś zainteresowanie?

Tak, czasami. Czasami dzwonili, rozmawialiśmy, zwłaszcza jeśli jakaś litewska drużyna grała w europejskich pucharach z ekstraklasową. Miałem wtedy telefony, dziennikarze pytali się jak to wygląda, na co uważać. Niektórzy trenerzy też chcieli wiedzieć na przykład na kogo trzeba zwrócić uwagę. Były takie telefony.

W Żalgirisie zostałeś najdłużej z całej polskiej trójki bo Kamil Biliński i Marek Zub odeszli wcześniej. Co Cię najbardziej trzymało w Wilnie?

Tak jak mówiłem wcześniej – bardzo dobrze mi się tam żyło. Jedyny minus był taki, że miałem daleko do domu, do mojego Poznania. Ale jak już tam mieszkaliśmy to „Niko” i ogólnie Wilno nie dali nam odczuć, że ja i moja rodzina jesteśmy spoza, z Polski. Oczywiście tęskniliśmy trochę za domem, to normalne. Żyło się jednak bardzo dobrze. Jeśli mieliśmy jakiś problem, np. potrzebowałem lekarza, albo ogólnie najmniejsza drobnostka, to dzwoniłem i miałem załatwione. Najbardziej podobało mi się to, że mogłem na tych ludziach polegać. Duży szacunek dla nich, że tak do tego podchodzili, do mnie, do mojej rodziny, wielka klasa. No i też ogólnie miasto, życie w nim. To jest stolica, można było spędzać czas rodzinnie. Dla mnie to był pozytyw – podpisałem kontrakt, oni też chcieli abym został, ja nie miałem jakichś dobrych ofert aby pójść dalej. Znaczy niby coś tam było, ale bez konkretów. Dlatego zostałem. Mogłem grać tam jeszcze dłużej, ale chciałem już też wracać do Polski i po prostu być w domu.

W trakcie tej rozmowy przewinęła się wielokrotnie postać byłego już dyrektora sportowego Żalgirisu, Mindaugasa Nikoličiusa, obecnie robi karierę w Chorwacji. Chyba bardzo pozytywnie go wspominasz?

O Jezu, bardzo dobrze! Miałem z nim dużo kontaktu. Przytoczę takie coś, że jak podpisałem kontrakt to on z Vilmą powiedzieli do mnie: „Słuchaj Kuba, jak przyjedzie rodzina to zapraszamy Cię na obiad, na kolację, spędzimy razem dzień. Pokażemy Ci całą starówkę, pochodzimy sobie”. Po prostu też chcieli poznać moją rodzinę. Nigdy tego nie zapomnę. To była mega frajda bo zwiedzaliśmy, wypiliśmy sobie piwo, jak normalni ludzie! Nie było czegoś takiego, że ja byłem z panią prezes i dyrektorem, tylko posiedzieliśmy przy piwie, pogadaliśmy, poznaliśmy, żona też rozmawiała z Vilmą. Bardzo fajna sprawa. Myślałem, że wszystko będzie na sztywno, a tu usiedliśmy sobie, ja z dyrektorem wypiłem piwo, dziewczyny lampkę wina na normalnej stopie. Oczywiście mówimy tutaj o jednym piwie, nie żeby się upić (śmiech). Ale to było właśnie tak inaczej. W Polsce nigdy czegoś takiego nie miałem, że ktoś wysoko postawiony w klubie zaprasza mnie na piwko i rozmawiamy sobie o piłce, o wszystkim. Ludzie i cała otoczka wokół klubu, to wszystko sprawiło, że mam bardzo dobre wspomnienia. Mam nadzieję, że oni też mnie dobrze wspominają.

Kibice na pewno. Zależało im na tym wywiadzie.

Pamiętam jak byłem w Bytowie to byłem razem z Edgarasem Žarskisem, występowaliśmy przeciwko sobie jak grałem w Żalgirisie. I mówił mi, że jak są właśnie mecze Żalgirisu to komentatorzy czasem o mnie wspominają. To miłe, choć oczywiście on mi to mówił już kilka lat temu, kiedy graliśmy razem w Bytowie. Jakiś ślad po sobie można powiedzieć, że zostawiłem. Mam nadzieję, że wspominają mnie pozytywnie.

Myślę, że tak.

Ja tak jak już wspomniałem, jak najbardziej, żona też, złego słowa na nich nigdy nie powiem. Traktowali mnie bardzo fajnie. Ja oczywiście ich szanowałem, ale musiałem się za to odwdzięczyć dobrą grą. To przede wszystkim normalni ludzie, chcą dla klubu wszystko zrobić dobrze, mają swoje cele i są ambicje. Wiadomo, „Niko” teraz nie ma, pracuje w Hajduku Split, ale jeśli chodzi o Vilmę to na pewno dalej robi dobrą robotę moim zdaniem. Podobnie jak teraz Nikoličius w Chorwacji. Są to ludzie, którzy mają dobre podejście i wiedzą jak to wszystko funkcjonuje w dzisiejszym sporcie.

Ostatnie pytanie które miałem przygotowane brzmi: „najlepsze i najgorsze wspomnienie z Litwy?”. Najlepsze – myślę, że odpowiedziałeś już wyczerpująco. Zapytam więc o najgorsze, albo może o najdziwniejsze? Coś co Ci się przydarzyło.

Ale to odnośnie meczów, czy ogólnie, wszystko, ogólnikowo z życia?

Może być to i to w sumie. Pamiętam na przykład jak Kamil Biliński opowiadał o niektórych stadionach na Litwie. Chyba w Taurogach, na Taurasie, boisko nie miało nic wspólnego ze stadioniem piłkarskim.

Ha, ze stadionami różnie bywało. Te drużyny, które bardzo się nas obawiały, i wiedziały że będą miały z nami ciężko, to robiły wszystko aby boisko na mecz było jak najgorsze. Na przykład dawali nam obskórne szatnie aby od razu odechciało nam się grać w piłkę. To był akurat duży minus, byłem mega zagotowany, jak i wszyscy zawodnicy. No ale wiadomo, takie były realia, trzeba było zagrać mecz. Trochę się odechciewało jak się to wszystko zobaczyło, lecz wychodziliśmy, robiliśmy dobrą rozgrzewkę , jakoś się mobilizowaliśmy i wygrywaliśmy te mecze. Jeśli jednak chodzi o warunki, tak jak Kamil mówił, to był to jeden z minusów. Duży minus. To było perfidne, chodziło tylko o to żeby nas jak najbardziej zniechęcić do gry. Tak to wyglądało.

Stadion w Taurogach w 2013 roku. Fot. kurjeris.lt

A czy kibice rywali, albo raczej miejscowi widzowie, byli do was wrogo nastawieni tylko ze względu na fakt, że przyjeżdza drużyna, która wygrywa z każdym? Wiesz, to budzi złość automatycznie.

Kibice może i coś tam krzyknęli po litewsku. Ja się tego języka za bardzo nie uczyłem, gdyż nie był mi potrzebny. Podstawowe zwroty poznałem, wiedziałem o co chodzi. W klubie bardziej porozumiewaliśmy się jednak po angielsku. A jeśli chodzi o to, że ktoś krzyczał… może krzyczał, każdy chciał Żalgiris pokonać. Wiedzieli, że to jest numer 1 na Litwie i tyle. Tak jak wszędzie – każdy chce pokonać mistrza.

Żeby jakoś to elegancko zakończyć: czy chciałbyś przekazać jakąś wiadomość tym, którzy ten wywiad zainicjowali, czyli kibicom z Pietų IV?

Chciałbym na pewno im podziękować za to, że dotarli do tego miejsca, że mogliśmy zrobić ten wywiad, oczywiście to było z ich strony. Naprawdę miło, że była okazja porozmawiać o klubie, w którym spędziłem prawie 2 lata. Złego słowa nie mogę powiedzieć bo naprawdę z rodziną bardzo dobrze wspominamy ten czas, to jest chyba najlepsze podsumowanie tego wszystkiego. Chciałem przekazać, że od momentu, w którym nie jestem w Żalgirisie, wybrałem inną ścieżkę, to jednak cały czas obserwuję, śledzę wyniki. Tak jak wspominałem, czasami z Vilmą wymienimy jakieś wiadomości. Cały czas jestem na bieżąco, widzę jak klub z roku na rok się rozwija. Było trochę problemów bo Suduva wygrała 3 razy mistrzostwo, ale wyciągneli wnioski z tych porażek – no ale tu już trochę zszedłem z tematu. Kibicom chciałbym przede wszystkim podziękować, że zawsze dopingowali, wspierali mnie i całą drużynę. Nawet jeśli przegraliśmy lub zagraliśmy zły mecz to ani jednego złego słowa nie mówili, okazywali wsparcie. To była mocna ekipa, mam do nich duży szacunek. Chciałbym ich jak najserdeczniej pozdrowić i życzyć wszystkiego co najlepsze, a przede wszystkim zdrowia i dużo sukcesów!

Skandowali kiedyś Twoje nazwisko?

Tak, było parę razy (śmiech). Bardzo spoko ludzie, zajarani kibice. Na każdy mecz przyjeżdżali, nie było wymówek. Liczbowo może nie będę mówić, bo np. w Lechu jest duża ekipa i ma kibiców o wiele więcej, ale są dobrze zorganizowani. Bardzo im zależy i mają Żalgiris w sercu!

obrazek wyróżniający: Krzysztof Smejlis

4.7 3 głosów
Article Rating
Share on facebook
Share on twitter
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Logowanie