Sergejs Kožans: „W piłkę gra się dla kibiców, a nie pustych krzesełek”

Nie był piłkarzem rzucającym się w oczy, po prostu robił swoje. Podjął w życiu kilka złych decyzji, o których otwarcie mówi. Nie omijały go kontuzje, problemy rodzinne czy niezbyt dobrze zorganizowane kluby. Sergejs Kožans był gościem 3. odcinka „Rozmów niekontrolowanych” na Facebooku. Poniżej znajdziecie zapis rozmowy z byłym piłkarzem Lechii Gdańsk, a obecnie trenerem Audy Ķekava (2. poziom rozgrywek na Łotwie) oraz w akademii Rigi FC! Rozmowa przeprowadzona została w minioną niedzielę 31. maja, stąd część wydarzeń z tekstu miała już miejsce.

Rafał Kobza (Bałtycki futbol): Dziś Derby Trójmiasta. Kto Twoim zdaniem wygra?

Sergejs Kozans (FK Auda): Tylko Lechia. Nie ma innej opcji.

Śledzisz losy swojego byłego klubu, kibicujesz mu?

Tak, oczywiście. Powiem szczerze, że nie oglądam meczów, ale zawsze pod koniec tygodnia sprawdzam jak kto zagrał, jaki wynik. Ostatni mecz Lechii który obejrzałem to finał Pucharu Polski, kiedy wygrali. Bardzo wtedy kibicowałem. Lechia długo nic nie wygrywała, więc bardzo dobrze, że się udało, że trafili do pucharów. Mam nadzieję, że to jest tylko początek.

Zacznijmy od tego jak zacząłeś w ogóle grać w piłkę. Z tego co się orientuję to większość Twoich kolegów wybrała hokej a Ty futbol, prawda?

Chodziłem do szkoły hokejowej. Obok mnie siedzieli hokeiści, a ja poszedłem w stronę piłki, chociaż też lubiłem hokeja. Jednak kiedy byłem mały moja mama powiedziała, że nie puści mnie na hokej bo będę chodzić bez zębów (śmiech). Dlatego wybrałem futbol, zawsze grałem na podwórku, i teraz to jest duży problem, że dzieci siedzą w domach i grają na Playstation. My całe dnie spędzaliśmy na dworze i graliśmy latem w piłkę, zimą w hokej.

Z jakimi znanymi hokeistami grałeś? Może reprezentanci kraju?

W klasie był jeden zawodnik, który potem grał w reprezentacji Łotwy – Aleksandrs Jerofejevs – występował też w KHL i wielu drużynach. Także w Dinamo Rīga – w naszym klubie. Ale inne chłopaki poszły raczej do amatorskiego hokeja, bo hokeistów było bardzo dużo. Nie wiem jak teraz, ale wtedy było ich więcej niż piłkarzy. Liga też była zbyt silna. Oni kiedy skończyli szkołę to bardziej poszli w naukę niż w profesjonalne granie. Ale jeden był.

Piłka nożna spodobała Ci się od samego początku, czy próbowałeś też innych dyscyplin?

Nie, tylko piłka. Moja rodzina jest taka „sportowa”. Mój tata zawsze się interesował sportem, tak jak mój dziadek, wujek. Gdy w telewizji był jakiś mecz to zawsze razem we czwórkę oglądaliśmy. Nawet gdy byłem mały. Pierwszy taki turniej który pamiętam to Mistrzostwa Europy 1992 w Szwecji.

Zacząłeś trenować piłkę dość późno, to chyba było w wieku 9 lat?

Tak, ale u nas wcześniej nie można było zacząć. Mieszkaliśmy obok stadionu Daugava gdzie kiedyś, jak i teraz, gra reprezentacja Łotwy. I tam działała federacja piłkarska. Mój tata poszedł, ale powiedzieli mu, że jestem jeszcze za mały, żeby przyjść za rok. Wcześniej niż w wieku 9 lat nie mogłem zacząć. Teraz dzieci zaczynają gdy mają 3-4 lata, ale wtedy, w latach 90. mogłem grać dopiero od 9 lat.

Trafiłeś do akademii Skonto, prawda?

Na początku nazwa była inna – Rīga. Ale potem zmienili nazwę na Skonto, może tam była jakaś współpraca z pierwszą drużyną. Był ten sam trener, te same chłopaki, te same zespoły.

To było u trenera Anatolijsa Čebansa?

Tak.

Co możesz powiedzieć o warunkach w akademii Skonto? Z tego co kojarzę to jedna z najlepszych szkółek na terenie państw bałtyckich, naprawdę dobry ośrodek treningowy. 

Tak, bardzo dobry ośrodek był, dużo boisk, trenowała tam także pierwsza drużyna, zawsze ich widzieliśmy. Był hotel, basen, siłownia, las żeby gdzieś pobiegać. Powiem, że teraz na Łotwie z tym jest bardzo duży problem. Ale Riga FC, mój klub, wrócił teraz do tej bazy, mamy tam zajęcia. To dla mnie taka nostalgia bo ja tam trenowałem jako mały, a teraz prowadzę drużynę jako trener. Dużo się zmieniło, w nie najlepszą stronę, ale mam nadzieję, że będzie wszystko dobrze.

Riga FC ma wielkie plany, chce się stać jednym z największych klubów w państwach bałtyckich, a w zasadzie już jest, chce zagrać w fazie grupowej europejskich pucharów. Myślisz, że na Łotwie Riga może zostać drugim Skonto?

Potrzeba czasu. Ale jeśli pójdzie w tym samym kierunku to może zostać. Teraz kupują dobrych zawodników, mają dobrych trenerów. Każdy, który przychodzi jest dobrym szkoleniowcem, ze znanym nazwiskiem. Okej, może jeden pracował lepiej, drugi gorzej, ale Riga stara się być na wysokim poziomie.

Co sądzisz o ostatnich sukcesach Rigi FC?

W zeszłym roku byli mistrzami, ale jeżeli chodzi o sukcesy to nie było ich zbyt wiele. Klub istnieje tylko 5 lat, piąty sezon będzie grać w Virslīdze. Dla tak małego okresu czasu te sukcesy są bardzo duże. To dopiero początek, jeśli wszystko będzie się rozwijać jak do tej pory to może kiedyś faza grupowa Ligi Europy zawita do Rygi.

Na pewno wiele osób na to czeka. Jedynym łotewskim klubem, który zagrał w europejskich pucharach był FK Ventspils, ładnych kilka lat temu. Śledziłeś wtedy występy Jurijsa Žigajevsa i kolegów?

Tak, to był 2009 rok, z Wanią Lukjanovsem byliśmy już wtedy w Gdańsku. To był nasz pierwszy rok w Lechii. Meczów Ventspils nie oglądaliśmy z trybun, ale pamiętam, że oglądałem spotkanie z Herthą 1-1 w Berlinie, oraz porażkę ze Sportingiem 1-2 u siebie. Oczywiście kibicowałem, bo to niecodzienna rzecz aby łotewska drużyna grała w fazie grupowej europejskich pucharów.

Wróćmy jeszcze do Skonto. Jak czułeś się w zespole, domyślam się, że to była dobra drużyna?

Trafiłem tam jako wychowanek, byłem młody. Obok mnie trenowali i grali piłkarze, którzy pojechali wcześniej na Euro 2004, dla mnie to była bardzo dobra szkoła, nowe doświadczenia, mogłem się codziennie czegoś uczyć na każdym treningu. Potem prezes wybrał inny kierunek, stawiał na młodych, na obcokrajowców, brali też innych wychowanków do drużyny. To było jak dom. Z niektórymi chłopakami znaliśmy się od samego początku gdy zaczynaliśmy trenować, dlatego ja w Skonto zawsze czułem się dobrze.

Foto: Juris Gūtmans

W 2004 roku podpisałeś swój pierwszy profesjonalny kontrakt ze Skonto. Wtedy byłeś jeszcze napastnikiem, prawda?

Tak. Pierwszy kontrakt podpisałem jako napastnik.

Z tego co wiem obrońcą stałeś się przypadkowo – na jednym z treningów zagrałeś z konieczności w obronie i trenerzy uznali, że jesteś tak dobry w defensywie, że już tam zostajesz.

No może nie taki dobry, ale zobaczyli we mnie fajny materiał na środkowego obrońcę. Byłem już wysoki. Jako dzieciak zacząłem trenować w ataku, byłem mały i szybki, a potem w ciągu jednego roku mój wzrost poszedł do góry, straciłem dużo swoich atutów. Chociaż kontrakt podpisywałem już jako wysoki napastnik, wtedy Skonto trenował Aleksandrs Starkovs. On bardzo dużo i bardzo dobrze pracował z napastnikami indywidualnie, i coś we mnie widział jako w napastniku. Ale potem wyjechał do Spartaka Moskwy. Tak, był jeden trening, gierka wewnętrzna. Zabrakło jednego środkowego obrońcy i trener zespołu młodzieżowego powiedział do mnie „Ty jesteś wysoki, spróbuj zagrać! Jako nowe doświadczenie – nowa pozycja”. Ja zagrałem, i od tego czasu zostałem już obrońcą.

Czy tym trenerem nie był czasem Mihails Koņevs?

Tak, Mihails Koņevs. Ale tam była wspólna decyzja, nie wiem dokładnie kto o tym zadecydował. Ktoś mi mówił, że jedną osobą był Mihails Koņevs, drugą Jurijs Andrejevs (główny trener Skonto), oraz dyrektor sportowy Gruzin Rewaz Dzodzuaszwili. I chyba to był taki wspólny wybór tych trzech osób.

Czułeś się lepiej jako obrońca, czy jako napastnik?

Oczywiście obrońca. Nie miałem za dużo takich atutów aby być napastnikiem.

Gdybyś jednak został napastnikiem i wykupiłaby Cię Lechia to razem z Wanią Lukjanovsem moglibyście stworzyć fajną łotewską parę w ataku Lechii (śmiech). Podobnie potoczyły się chyba losy Elvisa Stuglisa, który także zmieniał pozycję?

Moglibyśmy (śmiech). Tak. 2016 rok zacząłem jako zawodnik Spartaksa Jūrmala, i Elvis był tam napastnikiem. W jednym meczu zdecydował się go wystawić jako środkowego obrońcę, zagrał dobrze, ale kończył sezon jeszcze jako napastnik. Dopiero w przyszłym roku był środkowym obrońcą. Bardzo dobrze gra.

Myślisz, że ma szanse na jakiś transfer za granicę?

(chwila zastanowienia) Mam nadzieję. Liczę, że reprezentacja zacznie grać lepiej, wtedy każdy łotewski zawodnik będzie mógł łatwiej znaleźć zagraniczny klub, zobaczyć troszeczkę inny futbol niż nasz.

Zostałeś obrońcą, a do Skonto przyszedł angielski trener Paul Asworth. On chyba swoimi treningami pomógł w Twoim rozwoju jako defensor?

Zgadza się. Trafiłem też na sparing, była przerwa na reprezentację, duża część zawodników Skonto wyjechała grać dla Łotwy w Gruzji. Skonto grało mecz towarzyski z FC Jūrmala, była taka drużyna, zagrało też paru zawodników z drużyny młodzieżowej. Spodobałem się i od tego czasu trenowałem już z pierwszą drużyną. On mi dużo podpowiadał – jak grać, jak asekurować, dużo się nauczyłem. Ale też był trener-asystent w Skonto Jurijs Ševļakovs, jako zawodnik także grał na środku obrony, i on też mi dużo pomógł.

Jak zareagowałeś na wiadomość, że interesuje się Tobą Lechia Gdańsk?

Wtedy w Skonto były niezbyt dobre czasy. Był kryzys. Nie można powiedzieć, że graliśmy za darmo, ale dużo się zmieniło, w gorszą stronę. Szukaliśmy opcji żeby wyjechać. Gdy zadzwonił agent i powiedział, że jest opcja pojechać na obóz treningowy od razu się zgodziłem. Nie wiedziałem za dużo o Lechii, otworzyłem wtedy tylko stronę, poczytałem na Googlach, ale od razu byłem na tak żeby jechać i pokazać się.

Wspomniałeś o problemach w Skonto. Dawny piłkarz tego klubu Renārs Rode mówił mi kiedyś, że były takie czasy, że piłkarze musieli przyjeżdżać na treningi swoimi rowerami albo jeździli autobusami bez biletu. To były ciężkie czasy, zwłaszcza dla piłkarzy którzy mieli na utrzymaniu rodzinę, dzieci, dom…

Tak, przeżyliśmy te czasy. Nie jeden raz tak było. Dlatego teraz Skonto jako drużyny już nie ma. Ciężko, cóż powiedzieć… Przyjeżdżasz do domu, w ciągu pół roku może jedną wypłatę przyniesiesz. Czekaliśmy, i czekaliśmy. Żona mi pomagała, ona pracowała. Jakoś żeśmy tę sytuację przeżyli. Ale nie chciałbym żeby w ogóle jakikolwiek zawodnik przechodził przez coś takiego. Bycie profesjonalnym piłkarzem, sportowcem to bardzo ciężka praca i chciałbym żeby nikt więcej z takimi sytuacjami się nie spotkał.

Do Lechii trafiłeś razem z Ivansem Lukjanovsem i potem Oļegsem Laizānsem. Widzisz się chyba z nimi na co dzień w klubie bo zarówno Ivans jak i Oļegs są piłkarzami Rigi FC. Jak wyglądały wasze początki w Lechii Gdańsk? Ty chyba złapałeś kontuzję na starcie.

W pierwszym meczu nie było mnie w składzie, graliśmy akurat Derby Trójmiasta, a następnego dnia kilku zawodników z I drużyny pojechało na mecz Młodej Ekstraklasy. No i tak jakoś dość nieszczęśliwie wtedy stanąłem i zerwałem ścięgno w stopie. No ale piłka nożna to taki sport, gdzie rzadko obywa się bez kontuzji.

Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta

Do przerwy w Derbach Trójmiasta Lechia remisuje 0-0 z Arką. Jakie są Twoje prognozy na drugą połowę, uda się coś Lechii strzelić?

Taką mam nadzieję, ale ogólnie mówiąc przez tę sytuację z koronawirusem Derby są jak nie Derby. Bez kibiców to sparing. Kiedy my graliśmy w Gdańsku przeciwko Arce to kibice byli naszym nawet nie dwunastym, a trzynastym zawodnikiem. Ogólnie teraz Lechia jako drużyna jest lepsza, ale Derby mają swoje prawa i mam nadzieję, że Lechia wygra, strzeli coś, i trzy oczka pójdą do niej, bo walczy o puchary. Kibicuję i chcę aby Lechia wygrała.

Wspomniałeś o kibicach. Myślę, że Skonto miało dobrych fanów, którzy jak na warunki łotewskie byli aktywni, natomiast w Gdańsku chyba pierwszy raz miałeś styczność z tak dużą publiką. Kiedyś mówiłeś chyba nawet, że po którymś meczu bolało Cię gardło bo musieliście do siebie krzyczeć aby przebić się przez kibiców.

No tak, ale to nie tylko jeden mecz. Na początku każde spotkanie to była niezwykła sytuacja dla mnie. Na Łotwie ogólnie kibicują słabo. Są grupy kibiców, prowadzą doping, ale to nie taki doping jak w Polsce, kiedy wszyscy śpiewają, krzyczą. W pierwszej chwili myślałem, że ja głośno mówię, ale okazało się że nie. Trzeba było zwiększyć głos, ale potem już było normalnie. Kiedy graliśmy na otwarciu PGE Areny, czy stadionu Śląska, było bardzo dużo kibiców ale już słyszeliśmy jeden drugiego.

Fot. Renata Dąbrowska / Agencja

W 2019 roku na Łotwie średnia frekwencja na ligowym meczu to 441 osób, zaś bliżej Twoich czasów, w 2010 – 466 osób. Myślę, że pod tym względem zanotowałeś wtedy duży skok w górę. Poznałeś też chyba pierwszy raz smak popularności gdy ludzie rozpoznawali Cię na ulicy, zaczepiali o zdjęcie, autograf. Coś nowego?

Tak! Wtedy zaczynasz czuć, że nie grasz tak po prostu w piłkę, lecz dla kogoś. Nie powiem, że sam szukałem popularności ale to mi się podobało. Ktoś mnie poznał, gdzieś pogadaliśmy, o coś pytali. W piłkę gra się dla kibiców, a nie dla pustych krzesełek.

Twoim pierwszym trenerem w Lechii był Tomasz Kafarski. Spotkałeś się z nim potem jeszcze w Bytovii Bytów. Co powiesz o tym szkoleniowcu?

W Gdańsku cały czas grałem u niego, dużo mnie nauczył, fajny człowiek z którym można pogadać. Dodatkowo jest dobrym trenerem, który chce widzieć, żeby drużyna grała w taki a nie inny sposób i cały proces treningowy buduje tak, żeby szybciej nauczyć zespół grać, tak jak on chce.

W kwietniu 2010 przeciwko Lechowi Poznań zdobyłeś jedyną bramkę w Ekstraklasie. Jakie to uczucie? Wiadomo, że obrońcy nie zdobywają tylu goli co napastnicy czy pomocnicy.

Nie wiem (śmiech), bo na początku sprowokowałem karnego dla Lecha. Taki wątpliwy, ale sędzia gwizdnął, dał żółtą kartkę, Lech prowadził 1-0. I kiedy strzeliłem bramkę to wróciła do mnie pewność siebie, bo gdy popełnisz błąd taki jak rzut karny albo przyczynisz się do utraty bramki, to chcesz tę winę odkupić. Gdy strzeliłem tę bramkę byłem już bardziej spokojny – było 0-0, jest 1-1. Pamiętam, że musiałem wygrać pojedynek główkowy nie z obrońcami Lecha, lecz ze swoim kolegą Marcinem Pietrowskim. Obydwaj skoczyliśmy, ale może dlatego że byłem wyższy to ja strzeliłem.

Pamiętasz kto miał wtedy asystę?

No Wania! Łotewska bramka.

Grałeś wtedy przeciwko Robertowi Lewandowskiemu. Jak pamiętasz tego zawodnika?

Ogólnie to pierwszy mecz był w październiku 2009, mój debiut. W Gdańsku było wtedy 0-0 i grałem też przeciwko niemu. W drugiej rundzie Robert był już inny. Gdy był pierwszy mecz on był dobry, szybki, wysoko skakał, techniczny. Ale nie był jeszcze tak mocny fizycznie. Po pół roku gdy przyjechaliśmy do Poznania, kiedy wiedział że przechodzi już do Borussii, i stałem obok niego, pomyślałem: „maszyna!”. Był bardzo mocny, dlatego jest teraz piłkarzem światowej klasy.

Jak układały się wasze stosunki z Lukjanovsem? Do Lechii trafiło was 3 Łotyszów, ale chyba z Wanią bardziej się przyjaźniłeś niż z Laizānsem?

Na początku pierwszą rundę graliśmy we dwóch (z Lukjanovsem – przyp. aut.). Pierwsze co to inny kraj, inny język, wszystko inne. I my jeden drugiemu pomagaliśmy. Potem przyjechał Oļegs, ale on był krótko, tylko drugą rundę, i pojechał z powrotem na Łotwę. My z Wanią znaliśmy się od dzieciństwa, dlatego może i teraz łączą nas bliższe stosunki niż z samym Oļegsem. Wania jest ojcem chrzestnym mojej córki, zawsze do siebie dzwonimy, spotykamy się posiedzieć i pogadać co nowego. On się bardzo interesuje jak idzie mi jako trenerowi, ja zawsze śledzę jego grę – nawet kiedy był w Rosji to patrzyłem jak tam Wańka, strzelił coś czy nie? Ale my tak zawsze, nawet w zeszłym tygodniu się spotkaliśmy. Przyjechał, poprosił o piłkę na trening indywidualny. Dałem mu ją i przy okazji pogadaliśmy.

Ivans Lukjanovs w Skonto strzelał dużo goli, miał tam naprawdę dobre liczby, natomiast w Lechii przesunięto go bardziej na skrzydło. Myślisz, że to była dobra decyzja? Słyszałem też, że był za słaby fizycznie.

Zgadzam się, pamiętam co on mówił po pierwszym meczu przeciwko Wiśle Kraków. Obrońcami byli Arkadiusz Głowacki i Marcelo. I on powiedział, że „bili” go cały czas, że na Łotwie tak nie grają. No oczywiście, że nie grają, ale on mocny bardziej jako szybkościowiec, i bardzo dobra jest u niego ogólnie wydolność. I prawy albo lewy napastnik to była dla niego idealna pozycja, bo mógł tam biegać przez całe 90 minut i jeszcze kolejne 90. Krzysztof Bąk zawsze mówił, że Wania jest jak koń – może biegać cały czas.

Z tego co obiło mi się kiedyś o uszy to Wania był bardziej imprezowy, natomiast Ty spokojniejszy. Wania nie miał chyba wtedy rodziny, mógł szaleć.

Nie, nie! Wania miał dziewczynę, potem została jego żoną. Ale nie, on też był spokojny. Nie było czegoś takiego, mieliśmy taki cel żeby zrobić wszystko, aby po pół roku-roku nie wrócić na Łotwę z powrotem. Dla mnie on jest profesjonalistą, który widzi kiedy mu coś nie idzie. On weźmie piłkę, pójdzie na trening indywidualny gdzie jak trzeba pobiegać to sam pobiega. Więc nie, jego dziewczyna też czasami przyjeżdżała, bo studiowała we Francji, był spokojny. Jak na przykład spotykaliśmy się z drużyną na paintballa, pojeździć na gokartach, to wtedy wszyscy byliśmy tacy… Nie można powiedzieć imprezowicze, ale tak żeby się pośmiać, jakieś żarty porobić. Wania to w ogóle jest spokojny z charakteru.

Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta

Był potem u Ciebie w klubie taki czas, że miałeś sporo kontuzji, jeśli dobrze pamiętam. Trochę meczów Cię ominęło.

No tak. Zawsze się starałem być twardym obrońcą, grać twardo. Bez specjalnej agresji, ale napastnik miał czuć że koło niego jestem. Czasami było tak, że przytrafiła mi się jakaś kontuzja, ale prawie cały czas był to jeden problem z mięśniem, albo też stawy, więzadła. Ja jednak już jako trener analizowałem, siedziałem, pomyślałem sobie, że może moje ciało nie było na tyle dobre dla profesjonalnego sportu abym osiągnął więcej sukcesów. Gdzieś te kontuzje zawsze hamowały mi mój rozwój.

W pewnym momencie gdy byłeś kontuzjowany dostałeś ofertę nowego kontraktu od Lechii, ale chciałeś chyba jeszcze przemyśleć sytuację, prawda? Nie zdecydowałeś się od razu. 

Mój błąd, od razu to potem powiedziałem. Trochę myślałem, że skoro przed tą kontuzją wszystko szło coraz lepiej, to po kontuzji wrócę jeszcze mocniejszy, i że jak zacznę grać to trochę inaczej będzie z warunkami tej oferty. Ale wyszło jak wyszło, mocniejszym się nie stałem, pojechałem szukać innego klubu.

W międzyczasie bramkę zdobył Flávio Paixão i Lechia prowadzi 1-0. Myślę, że zadowolony jesteś?

Tak. Kibice zawsze nam mówili – wy możecie przegrać wszystkie mecze, ale dwa z Arką musicie wygrać. Chociaż tam gra Pāvels Šteinbors z którym dorastałem, byliśmy w jednej drużynie, jemu też kibicuję, ale nie wtedy kiedy on gra przeciwko Lechii (śmiech).

Śledzisz teraz losy Kristersa Tobersa?

Tak. Ogólnie ja teraz uczęszczam na kursy UEFA Pro, i u nas jednym z zadań jest przejście praktyki zagranicą. I przed kwarantanną rozmawiałem, że jedną z opcji byłby przyjazd do Gdańska, ale koronawirus przekreślił te plany. Będę czekał na ponowną możliwość.

Usłyszałem od Macieja Nierzwickiego z serwisu lechia.net, że po jednym z meczów trener Kafarski został zapytany dlaczego nie zagrał Kožans? On odpowiedział, że nie zdradzi powodu, że zachowa to dla siebie. To było chyba spotkanie z Widzewem Łódź. Wiesz o co wtedy chodziło?

Wiem.

Zdradzisz?

Nie, ale to nie było związane na przykład z czymś co robiłem poza boiskiem. To był mój prywatny problem.

Rozumiem. Jak byłeś drugi raz w Skonto to powiedziałeś, że gdy odrzuciłeś pierwszą ofertę Lechii, to był to największy błąd w Twoim życiu. Czy gdybyś mógł cofnąć czas przyjąłbyś wtedy ją od razu?

Tak, oczywiście.

Zamiast tego trafiliście potem z Wanią na Ukrainę do Metałurha Zaporoże, ale Ty chyba byłeś po kontuzji i nie miałeś optymalnej formy, prawda?

Tak, w środku maja wróciłem z Gdańska gdy skończył mi się kontrakt, i ja od razu bez jakiejś przerwy – to może też był mój błąd bo za szybko chciałem znaleźć jakiś klub – nawet bez tygodnia, trenowałem indywidualnie dość mocno. Przed tym wyjazdem tylko raz miałem mięśniowy problem, poszedł mi czworogłowy, straciłem 4 tygodnie, przyjechałem na Ukrainę i nie byłem gotowy.

Ale prawie trafiłeś do Dinama Mińsk. Na przeszkodzie stanął jednak limit obcokrajowców. 

Na początku pojechaliśmy pociągiem z innym zawodnikiem ze Skonto z Rygi do Mińska na testy. Trzeba było się pokazać, był jeden trening taktyczny, od razu potem wieczorem napisał mi agent, że o mnie nie ma w ogóle zapytań, muszą wysłać dokumenty wszystkie, ale na następny dzień nic się nie działo, zaś po treningu trener powiedział mi „mamy za dużo obcokrajowców, a jak ja Cię podpiszę i nie będziesz grać, to będę miał problem”. Powiedziałem okej, jadę do innego klubu.

Wróciłeś jednak na treningi do Skonto.

Wróciłem, ale nie wiem dlaczego nie mogłem trenować z pierwszą drużyną, więc ćwiczyłem z młodzieżowcami. Ale to tylko 5-6 treningów bo agent cały czas szukał jakiejś opcji żebym grał, i znalazł też na Białorusi, w Soligorsku.

Tak, tam gdzie gra wypożyczony aktualnie na do Spartaksa Jūrmala Eduards Višņakovs. Natomiast w Szachciorze nie mogłeś grać w pierwszej drużynie, byłeś w rezerwach, prawda?

Mogłem grać, po prostu nie trafiłem do składu. Byłem trzecim środkowym obrońcą, a dwóch, którzy grali w pierwszym składzie mieli po 3 żółte kartki. Miałem nadzieję, że któryś z nich złapie tę czwartą żółtą kartkę, ale stało się to dopiero w ostatniej kolejce, a sezon się skończył. Dlatego żeby była praktyka grałem w rezerwach dzień przed pierwszą drużyną. Grało tam dużo zawodników z głównego zespołu, nie tylko ja. Nie pamiętam czy tam był jakiś limit, może 3, ale nas czasem 5-6 grało przez jedną połowę aby na następny dzień być w osiemnastce na meczu głównym.

To generalnie był chyba dla Ciebie ciężki okres tam na Białorusi bo z tego co mówiłeś kiedyś w wywiadzie dla strony Skonto, że z rodziną widziałeś się co 2 tygodnie, i potem warunki w Twoim następnym klubie, Sławii Mozyrz, były słabe.

No były. Kiedy podpisałem kontrakt z Soligorskiem, pół roku po tym jak odszedłem z Lechii, trzymałem jeszcze kontakt z zawodnikami, i zimą przed Bożym Narodzeniem rozmawiałem z Piotrem Wiśniewskim z Lechii. On powiedział: „Gdzie tam na Białoruś Ty jedziesz? Tam nic nie ma”, a ja odpowiedziałem, że Soligorsk to ogólnie bardzo fajny klub. Struktura, organizacja, wszystko na czas, piorą też rzeczy, mają swój ośrodek gdzie mieszkasz, masz śniadanie, obiad i kolację, wszystko było w porządku. Ale potem trafiłem do drużyny, gdzie nie było niczego w ogóle. Nawet wypłaty nie były na czas. I jeszcze bardzo daleko od domu. Soligorsk jest obok Mińska. Miałem po meczu 2 dni wolne, w ten sam dzień jechałem do Rygi, spędzałem tam 2 noce, i wracałem na wieczorny trening w Soligorsku. Nie tak daleko. A Mozyrz? Tam bliżej do Kijowa niż Mińska. Podpisałem tam kontrakt w lutym 2013. Pierwszy raz żona z synem przyjechali do mnie w maju. W czerwcu była u nas duża pauza, 5 dni, grała reprezentacja, to wtedy też pojechałem do domu. A za miesiąc w lipcu zerwałem już kontrakt.

W ogóle Ty musiałeś mieszkać w hotelu. Klub nie dał Ci żadnego mieszkania, musiałeś radzić sobie sam.

Dużo zawodników przyjeżdżało z Mińska, oni tam mieszkali. Kiedy ja pierwszy raz pojechałem do Sławii to byliśmy w innym miejscu, był turniej. Nie wiedziałem co tam się dzieje w tym Mozyrzu. Przyjechaliśmy i wszystkich nas dali do hotelu. W kontrakcie był punkt, że klub zapewnia mieszkanie. Czekaliśmy w tym hotelu aż dadzą nam lokum, potem przychodzi wypłata, a ja mam mniej bo mieszkałem w hotelu. Za nas trzeba było płacić.

Powiem Ci, że nieuczciwe.

No cóż. Sześć miesięcy bez wypłaty też nieuczciwe (śmiech). Ze wszystkimi takimi rzeczami się spotkałem. Taka piłka nożna – nie wszędzie ona jest na dobrym poziomie jeśli chodzi o organizację.

Miałeś chyba o tyle lepiej, że znasz język rosyjski, prawda? Tym językiem chyba w pierwszej kolejności się zawsze posługiwałeś, potem był łotewski, zgadza się?

Tak. Moja mama przyjechała jeszcze w czasach Związku Radzieckiego do Rygi studiować. Tata też jest z Białorusi, i tak oni się tu spotkali i zostali na stałe. Między sobą gadamy po rosyjsku. My niejedyni tacy na Łotwie. Ja na przykład znam łotewski i teraz jak pracuję w Audzie to dużo chłopaków tam rozmawia po łotewsku. Ja też się staram bo nie mam za dużo praktyki, ale teraz mam okazję. Staram się, ale jak muszę powiedzieć coś po rosyjsku to oni mnie rozumieją. Jak oni nie mówią po łotewsku to ja ich też. Jest u nas normalny kontakt, z każdym zawodnikiem, czy innym człowiekiem który mówi po łotewsku, ja zawsze znajdę wspólny język.

Lechia nie była Twoim ostatnim polskim klubem. Miałeś przygody na Białorusi, ale potem trafiłeś do GKS-u Tychy. Jak tam było? Rozmawiałem kiedyś z byłym prezesem Lechii Gdańsk Maciejem Turnowieckim, i z tego co pamiętam to pomagał Ci trafić do Polski z powrotem. 

Tak, pan Maciej Turnowiecki i pan Błażej Jenek, oni we dwóch pomagali mi do GKS-u trafić. Też było fajnie, dobra drużyna, dobre chłopaki. Znałem tam z Lechii Maćka Kowalczyka, razem graliśmy. Trenerem był pan Cecherz, szkoleniowiec z charyzmą. Mi tam się podobało. Nasze wyniki nie były zbyt dobre, nie wiem jaki powód był tego. Ale drużyna, miasto, organizacja klubu mi się podobały. Trzeba też pamiętać, że przyjechałem po pół roku bez wypłaty w ogóle. Ja ogólnie chciałem do Polski trafić i jak dostałem szansę pojechać, to od razu powiedziałem: „jadę!”.

Latem 2013 miałeś wrócić do Skonto, tylko wtedy Sławia Mozyrz nie dała na czas certyfikatu, więc Skonto nie mogło dopiąć transferu. Tam była też taka sytuacja przed GKS-em Tychy chciał Cię inny klub z 1. ligi, ale nie zagwarantował Ci mieszkania. Co to był za klub?

Byłem na testach w Górniku Łęczna, wtedy jeszcze „Bogdanka”. Trenerem był Jurij Szatałow, znałem też paru zawodników z czasów gry w Ekstraklasie. Trzy dni potrenowałem, oni chyba byli zadowoleni, ale tam była też sytuacja: albo wezmę ze sobą rodzinę, albo nie wezmę. Ja oczywiście chciałem ich przywieźć ze sobą. A to oznaczało obowiązkowo mieszkanie, jakiś tam punkt był. Ale ogólnie ja nigdy nie wdawałem się w jakieś szczegóły, moim zadaniem było trenować, grać i pokazać się z dobrej strony. Osoby, które mi pomagały rozmawiały z prezesem, i ogólnie od razu ustaliliśmy czego ja chciałem. Ja nigdy nie byłem taki, że tylko to co ja chcę. Zawsze można znaleźć jakiś kompromis.

Jak podobały Ci się Tychy jako miasto? Bywałeś na hokeju? GKS to aktualny mistrz Polski.

Ja wiem, śledziłem też hokej, bo tam jest jedna spółka i wiele sportów, nie tylko piłka nożna. Wchodzisz na stronę a tam od razu hokej, siatkówka, albo koszykówka,  piłka nożna. Powiem tak, że nie byłem na hokeju. Ale śledziłem i kibicowałem Tychom bo to jeden klub – GKS Tychy. Myślałem, że to mój obowiązek, że będę kibicował drużynom z taką samą nazwą. Jako miasto – jest fajne centrum, starówka. Żona przyleciała do mnie, poszliśmy tam na kolację, jakiś spacer. Mieszkałem na Paprocanach, tam  jest jezioro obok. Jak przyjechałem w sierpniu, jeszcze też we wrześniu pogoda była fajna, jakiś spacerek, przebieżka. Ogólnie mi się podobało.

Czemu w ogóle odszedłeś z GKS-u Tychy? Czy było to spowodowane nowym trenerem Tomaszem Hajtą, który nie widział Cię w swoich planach, czy jakiś inny był powód?

Chyba tak, tam z 10 zawodników, lub więcej, zimą odeszło. Przyjechałem do Rygi i dostałem telefon, że trener mnie nie widzi. Pojechałem od razu po nowym roku, może 4. albo 5. stycznia do Tychów, bo tam zostawiłem swoje rzeczy. Spotkałem się z nowym dyrektorem sportowym, pogadaliśmy, i wróciłem do domu.

I Twoim następnym klubem nie był nikt z Łotwy, lecz na Litwie – FC Šiauliai.

Stamtąd było 120 kilometrów do Rygi, były także fajne cele na sezon. Chcieli dostać się do pucharów, zebrać dobry skład i ja się zgodziłem. Te 120 kilometrów to ja w ciągu jednego dnia wolnego mogłem przejechać. I oni mi od razu zagwarantowali mieszkanie, tam z organizacją później problemy były. Ale na początku w trakcie przygotowań do sezonu wszystko było dobrze.

Grałeś wtedy przeciwko swojej byłej drużynie Skonto, pamiętam że przegraliście 1-4.

Przegraliśmy, grałem 60 minut. Pierwszą połowę graliśmy dobrze, wygrywaliśmy 1-0. A w drugiej połowie się posypaliśmy, nie wiem dlaczego. To był taki czas, że my może drugi tydzień trenowaliśmy, zabrakło nam siły albo może byliśmy za bardzo zmęczeni. Ale pierwszą połowę graliśmy dobrze. Potem przed samym sezonem znowu zmierzyliśmy się ze Skonto, i było 2-2. Drużyna nie była zła.

A która liga lepsza, litewska czy łotewska?

Teraz to na pewno łotewska. Chociaż na Litwie też są dobre drużyny – Sūduva, Żalgiris, Riteriai, ale jako Łotysz powiem, że łotewska lepsza.

Czyli Riga FC jest lepsza od Sūduvy?

Na sto procent.

W Šiauliai pograłeś pół sezonu, tak?

Pod koniec czerwca zerwałem kontrakt i pojechałem potem do Bytovii.

Spotkałeś się tam z trenerem Kafarskim. Jakie to było uczucie zobaczyć go znowu po takim czasie? Czy to może w ogóle on ściągnął Cię do Bytowa?

Nie no, ja szukałem klubu, i to chyba był pierwszy raz kiedy ja sam zadzwoniłem do trenera i powiedziałem: „Chciałbym znowu pograć u pana”. I on powiedział, że mają pozycję środkowego obrońcy, ale jako rezerwowego. Zgodziłem się. Myślałem że za sprawą dobrej pracy na treningach moja pewność wróci, że skoro dziś jestem trzecim obrońcą, rezerwowym, to nie znaczy, że codziennie będę takim. Myślałem, że swoją pracą wejdę do składu wyjściowego. Sądzę, że już w tym czasie moja kondycja i pewność nie była już na tym samym poziomie co kiedyś w Lechii Gdańsk. Pojechałem tam, starałem się pomóc, złapałem czerwoną kartkę z Kluczborkiem. Zimą do tego doszły mi problemy prywatne i wróciłem do domu.

Mamy Tychy za sobą, Bytów za sobą, wróciłeś na Łotwę najpierw do Spartaksa Jūrmali, następnie była Riga FC. Z tego co pamiętam to możesz sobie ze Spartaksem dopisać sobie tytuł mistrzowski. Grałeś tam przez część 2016 roku, chyba w czerwcu odszedłeś do Rigi, a ogólnie wtedy Spartaks został mistrzem Łotwy.

Ja sam sobie nie dopisuję. Ja tak myślę, że odszedłem, i to nie moja zasługa. Ale jeśli ktoś mi dopisze w CV to ja nie będę przeciw. Myślę, że nie jest tak to ważne bo nie jestem już zawodnikiem a trenerem. Teraz muszę osiągnąć jakieś sukcesy jako trener. Może nie miałem ich zbyt dużo jako piłkarz, ale też były.

Wiadomo kiedy rusza sezon na Łotwie? Słyszałem jakieś pogłoski, że 15. czerwca najwcześniej.

Powiem tak, że od 1. czerwca drużyny z Virslīgi mogą trenować kontaktowo. Do tej pory było bez kontaktu, to inny sport był. Piłka nożna bez kontaktu to nie wiem jak się nazywa. Ale młodzież i pierwszoligowcy jeszcze nie mogą. Niby 15. ma się zacząć Virslīga, ale kiedy 1. līga i różne rozgrywki młodzieżowe – nikt jeszcze do tej pory nie wie. U nas sytuacja jest tragiczna. Litwa zaczęła, Estonia zaczęła, a my nie.

Ty w Ridze FC nie pograłeś zbyt dużo, a swoją karierę zakończyłeś przez problemy ze zdrowiem, zgadza się?

Jak wracałem z Bytovii po problemach rodzinnych miałem 30 lat i pomyślałem sobie, że ja za dużo w ostatnim czasie jeździłem, a żona z synem oprócz Gdańska cały czas byli beze mnie. Byłem zmęczony tymi wszystkimi moimi zagranicznymi wojażami. Wybrałem Spartaks bo trenerem tam był Oleg Kubarev, dobry szkoleniowiec. Ale we wrześniu mój syn miał iść do pierwszej klasy w szkole. Wyszło tak, że moja żona pracuje, ja jadę do Jūrmali, a chciałem być obok syna aby pomóc mu, zaprowadzić go do szkoły, odebrać z niej. Wychodziło tak, że treningi były w tym samym czasie. W czerwcu gdy otworzyło się okienko podszedłem do trenera i powiedziałem, że w tym czasie rodzina jest najważniejsza, a ja za dużo czasu z nimi nie byłem, i chciałem jakoś im pomóc. Dlatego poszedłem do Rigi. Nowy klub w mieście gdzie się urodziłem, gdzie mieszkam. Poszedłem tam, zagrałem 2 mecze, trzeciego nie zagrałem bo miałem czwartą żółtą kartkę. Potem miało być spotkanie z Jelgavą w weekend, ale przenieśli je bo Jelgava awansowała dalej w eliminacjach do Ligi Europy. Następnego dnia na treningu zerwałem więzadło krzyżowe. Chciałem jeszcze wrócić, byłem 2 razy w Moskwie na rehabilitacji, ale w tym samym czasie uczęszczałem już na kursy UEFA B, dostałem licencję, i gdy chciałem wrócić trenować na pełnych obrotach, to dyrektor dał mi podpowiedź żebym rozwijał też swoją nową profesję. „Dawaj, pomagaj Mihailsowi Koņevsowi w rezerwach, jak trzeba będzie zagrać to tam zagrasz, ale jako asystent”. Ja tak pomyślałem, powiedziałem okej, w tym samym czasie dostałem jeszcze pracę w akademii Rigi. Od razu tak mi się to wszystko spodobało, że nie myślałem o powrocie na boisko, lepiej żebym się rozwijał jako trener.

Nie zagrałeś nigdy w seniorskiej reprezentacji Łotwy, ale byłeś obserwowany przez trenera w trakcie gry dla Lechii. Jak myślisz, czego Ci zabrakło aby zadebiutować?

Jako trener teraz mogę powiedzieć, że umiejętności.

Ale skoro grałeś w Lechii w Ekstraklasie to chyba jakiś dobry poziom prezentowałeś?

U każdego trenera jest „swój” zawodnik. Jeśli trener nie widzi piłkarza to on może występować nawet w angielskiej Premier League i nie grać w reprezentacji, powiem tak.

Reprezentacja Łotwy nie gra teraz dobrze, widzisz jakieś szanse na poprawę sytuacji?

Wszyscy teraz mówią o tym, że zwiększono ten limit i 8 obcokrajowców może być teraz na boisku w Virslīdze. Jedni mówią, że to źle. Inni mówią, że to dobrze. A ja nie wiem, trzeba czasu. Na przykład od razu kiedy wprowadzono nowy limit to 3 młodych łotewskich zawodników znalazło klub za granicą, w ligach gdzie jest lepszy poziom. Dla nich lepiej, i dla reprezentacji lepiej. Jak pójdzie tak dalej i każdy łotewski piłkarz chciałby grać na lepszym poziomie a jego umiejętności na to pozwalają, to i reprezentacja wygrywałaby dużo, dużo częściej.

Mówiąc dalej o reprezentacji to wiadomo, że teraz jest jak jest. Ale Euro 2004 to takie miłe wspomnienie. Ile miałeś wtedy lat i co robiłeś kiedy odbywał się turniej?

Miałem 16 lat, byłem już zawodnikiem młodzieżówki Skonto. W tym samym czasie gdy był turniej trenowałem z pierwszą drużyną. Z obcokrajowcami i zawodnikami którzy nie pojechali na mistrzostwa graliśmy różne sparingi, a każdy mecz który Łotwa grała na Euro oglądaliśmy razem z chłopakami. W tym czasie gdy masz 16 lat to więcej po prostu oglądasz i kibicujesz swoim niż zastanawiasz się nad schematami taktycznymi, formacjami.

W derbach Trójmiasta niesamowity mecz, mamy już 3-3. Tymczasem zapytam czy Māris Verpakovskis to najlepszy piłkarz Łotwy w historii?

Ja bym bardziej powiedział, że był bardzo dobrym zawodnikiem, jednym z najlepszych. Bo mamy ich kilku: na przykład Vitālijs Astafjevs, Igors Stepanovs, Marians Pahars, oni wszyscy zrobili też karierę za granicą, grali na dobrym poziomie. Dlatego nie powiem, że Verpakovskis jest najlepszy ale oczywiście jeden z najlepszych.

A czy Kristers Tobers z Lechii to największy młody talent, który obecnie ma Łotwa?

Myślę, że tak. Chociaż ja cały czas spotykam się z tymi samymi chłopakami bo trenuję w tym roku rocznik 2002-2003, w zeszłym 1999-2002, to ten sam wiek jak Kristers. I są zawodnicy w różnych akademiach, jest dużo talentów. Ale trzeba mieć też szczęście. Bo na przykład na Tobersa w Liepāji trener pierwszej drużyny postawił, on zaczął grać, ale gdyby inny trener go nie zobaczył, nie wybrał, to on by też nie grał. Trzeba mieć powodzenie żeby trener dał możliwości dalszego rozwoju, bo nie będzie z tego zawodnika nic. Kristers miał powodzenie, w tej chwili jest jednym z najlepszych. Nie najlepszy młody, ale jeden z najlepszych. Są inni też, którzy czekają na swoje szanse.

Na przykład Daniels Ontužāns. Tylko on akurat szczęścia nie ma, dużo kontuzji.

Ja jego ogólnie nie znam. Widziałem tylko jak zagrał w reprezentacji. Jeżeli jest w Bayernie, to ma talent. Mam nadzieję, że te kontuzje to taki chwilowy problem, że przyjdzie taki czas kiedy wstanie mocniejszy i te kontuzje go ominą.

Kto Twoim zdaniem ma najlepszą akademię na Łotwie? Może Metta?

W tej chwili chyba tak, chociaż są różne dobre akademie: w Rydze, Daugavpils, Lipawie. U nas też jest teraz plan żeby się rozwijać i stać się najlepszą nie tylko na Łotwie, ale na terenie państw bałtyckich. Dużo mamy jeszcze do zrobienia, ale plan jest. Zobaczymy jak będzie. W tej chwili na pewno Lipawa, Daugavpils, Metta. Mają długie tradycje, od dawna pracują, dużo dobrych wychowanków, ciekawi zawodnicy wychodzą z tych akademii.

Chciałem przygotować Ci niespodziankę, i zaprosić do naszej rozmowy Krzysztofa Bąka, ale niestety wraca teraz samochodem i nie da rady. To podobno z nim najlepiej trzymałeś się w Lechii?

Tak, mieliśmy kontakt dobry. Języka polskiego nauczyłem się szybko, ale na początku nie wszystko wiedziałem, i po angielsku bardziej gadałem. Krzysiek mi pomagał, znał bardzo dobrze angielski, mamy dzieci w jednym wieku, jakoś też żony znalazły wspólny język. Mieszkaliśmy nad morzem wszyscy jeden obok drugiego: Marko Bajić, Wania Lukjanovs, Krzysiek Bąk… Jakieś urodziny dzieci, albo nasze urodziny, zawsze razem je spędzaliśmy.

Skoro o dzieciach mowa – masz córkę i syna. W jakim są wieku?

Syn ma 11 lat, córka 2,5 roku.

Syn trenuje piłkę?

Siatkówkę (śmiech)

Jednak siatkówkę? Ciekawy wybór.

Tak, ale tylko dla siebie. Jeśli będzie profesjonalnym sportowcem to okej, ale ja mu nie stawiam takich celów. On ma coś robić oprócz szkoły, ma być jakaś aktywność fizyczna. Na początku trenował piłkę, gdy pojechałem do Bytovii to w zimę miał trenować na hali, ale godziny zajęć nie były komfortowe dla żony, bo jeszcze pracowała. I jakoś to rzucił. Gdy ja byłem na miejscu to jeszcze mogłem go na trening zawieźć, ale potem nie było opcji. Po 3 miesiącach dostaliśmy ofertę, że w pobliskiej szkole jest siatkówka i syn będzie miał możliwość pójść sam. I dlatego zaczął trenować ten sport, już od 2,5 roku, podoba mu się. Ale wiesz, my byliśmy inni. Teraz pokolenie młodzieży trzeba motywować. I tak ja pracuję z młodzieżą. Ale na przykład 1. līga, Auda – ich nie trzeba motywować. Oni po pracy przychodzą i trenują tak, że zdziwiony jestem. Z kolei młodzież utalentowana, która ma perspektywę, ją trzeba motywować codziennie.

Doliczony czas gry, karny dla Lechii na sam koniec meczu. Jak myślisz Sergejs, co będzie?

No bramka będzie! Lechia wygra, tylko jeden zespół jest w Trójmieście. Kiedy Arka ostatni raz wygrała? Nikt już nie pamięta, Lechia co roku pokazuje, że jest drużyną wyższej klasy, i ja mam nadzieję, że teraz czwartą bramkę strzelą i ta seria będzie kontynuowana. (po chwili) Jest bramka, 4-3!

Więc myślę, że tym miłym akcentem możemy zakończyć naszą rozmowę. Dzięki!

Dziękuję bardzo.

fot. lechia.pl

Share on facebook
Share on twitter

Logowanie